Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Estera Neko. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Estera Neko. Pokaż wszystkie posty

2014/04/04

Grand Budapest Hotel- głośno, z przepychem i na różowo

Najbardziej zachwyciła mnie postać Dymitriego, syna nieboszczki, w którą wcielił się Adrien Brody. Zawsze gdy pojawiał się na ekranie, budził się we mnie dreszcz oczekiwania na jego działanie. I ten wschodni wąs… Właściwie cały film napchany był akcją, był nieco zabiegany. Pojawiały się schody- ktoś po nich zaraz biegł, pojawiał się długi korytarz- to dlaczego nim nie uciekać, a pojawiała się broń- wszyscy zaczynają do siebie strzelać. Bohaterowie nieźle się namęczyli zanim osiągnęli to do czego dążyli. A co to było? Regulacje związane z otrzymaniem wielkiego spadku po Madame D. Pierwotnym problemem okazała się pozornie drobna sprawa kradzieży przez dziwacznego portiera Gustava H. bezcennego obrazu, a skończyło się na dużo bardziej gabarytowych problemach, powiedzmy rozmiaru ogromnego europejskiego hotelu w spadku, do którego można było dojechać samochodem lub kolejką górską.

Sam hotel był wspaniały, ociekał przepychem, sale były zdobione złotem i kwiatami. W swoim wyposażeniu miał wszystko czego wymaga się od porządnego ośrodka wypoczynkowego w górach. Goście i pracownicy przerysowani- ale to dobrze, dopełniali surrealistyce całego filmu. Magicznie było, śmiesznie już mniej, chociaż moi znajomi w kinie prawie umierali ze śmiechu. Nie znam dobrze dorobku filmowego Wesa Andersona, ale w porównaniu z  Moonrise Kingdom (o którym wcześniej pisała Cece- Moonrise Kingdom) wyszedł moim zdaniem słabiej. Pomimo to, bardzo ciekawie zostały tu połączone wątki historyczne, z fabularnymi i oczywiście wątkiem niewinnej miłości nastolatków (w Moonrise Kingdom była to miłość bardziej dziecięca, ale równie niewinna i urocza).


Kolejną rzeczą, na którą zawsze zwracam uwagę jest muzyka, która tutaj nawet kiedy jest cisza, to gra. Muzyka opowiadała tutaj połowę filmu. Nie była tylko tłem- ona mówiła za bohaterów, a jednocześnie wcale nie przeszkadzała ani przesadnie nie ingerowała w fabułę. Po prostu idealnie dobrana. Bardzo spodobał mi się pomysł z motywem towarzystwa Skrzyżowanych kluczy, czyli jakiejś formy zrzeszenia portierów, którzy wspierali się w trudnych momentach i wyciągali siebie z opałów. Znowu mogłabym wrócić do swoich ulubionych bohaterów i świetnych aktorów, ale bym musiał wymienić tu prawie całą obsadę m.in. dogorywający ale dalej wspaniały Bill Murray (Między Słowami, Pogromcy Duchów), trochę szczuplejszy w latach, ale równie genialny Ralph Fiennes (Angielski Pacjent, Harry Potter) w roli tytułowej, Saoirse Ronan (Hanna) z mapą Meksyku na policzku, no i Tilda Swinton (Opowieści z Narni), której nie poznałam w filmie (to przez tą szminkę na pewno), której rola była tak krótka, ale jedną z ważniejszych w fabule. Podobno zakończenie powinno zmusić do przemyśleń- o tym jak łatwo i w jaki głupi sposób można stracić życie i jaką szarość może wnieść śmierć jednego człowieka w życie innych. Nie tylko w okresie Międzywojnia. Właściwie mogę się z tym zgodzić, ale powiem to tylko Wam.

Na dziś dostaje ode mnie 7/10.


Nie lubię pisać tekstów w standardowej formie, więc i ta notka sporządzona na gorąco zaraz po powrocie z kina, nie będzie odbiegała od zwyczaju. Możliwe, że jest trochę chaotyczna i przepraszam za to, ale tak ma być.



Buziaki :*:*

E-N

2014/03/05

Ocary, imprezy i muzyka!

Jakimś cudem jeszcze mnie stąd dziewczyny nie wyrzuciły, ale chciałabym nadrobić swoje zaległości i wyrazić swój żal i mocne postanowienie poprawy. Ostatnio dzieje się wiele, ciągle gdzieś biegam. Udało mi się obejrzeć kilka filmów i trafić na koncert zespołu, którego nie znałam i pozyskać zdobycz, której może pozazdrościć mojej ekipie niejeden wielki fan – pałeczkę perkusisty zespołu Farben Lehre. 

Ale, ale… Wróćmy wspomnieniami do ostatnich gorących wydarzeń. Czy ktoś oglądał galę rozdania Nagród Amerykańskiej Akademii Filmowej? Ja zdołałam obejrzeć tylko jak przez prawie 2 godziny wszyscy goście wchodzą, rozmawiają z dziennikarzami  i wszyscy są tacy piękni,  a później załapałam się nawet na wstęp Ellen DeGeneres i po 10 minutach internet w akademiku się skończył. Zło tego świata nie zna granic! Tak więc nici z gali na żywo… Dzięki temu się wyspałam. Tyle wygrać. Ha! Dzięki za wstawienie do hotów utworu z  mojego ulubionego laureata tegorocznego rozdania, który też dostał nagrodę- Let it go!

The cold never bothered me anyway!

Dlatego, że moja relacja z Los Angeles właśnie dobiegła końca chciałabym się z Wami podzielić moim ostatnim odkryciem. Muzycznym odkryciem. Pewnie jak zwykle wszyscy już to znają, a ja dowiaduję się ostatnia. Norma. Wszyscy widzieli, a przynajmniej słyszeli o serialu American Horror Story. Bynajmniej serial nie jest odkryciem, ale artystka, której piosenka znajduje się w soudtracku do niego. Mirah- nowojorska wokalistka, na którą trafiłam przypadkiem czytając artykuł Muzyka jest kobietą? na jednym z moich ulubionych portali społecznościowych.  A właściwie dopiero wtedy ją sobie uświadomiłam, bo jak się okazało jej piosenki słyszałam wcześniej. Kocham cię mózgu.



Mirah gra już od kilku lat nagrywa piękne nastrojowe kawałki, które, przynajmniej mi, przypominają dźwięki nostalgicznego spaceru. Istnieje również prawdopodobieństwo, że to dlatego, że najbardziej podobają mi się jej spokojniejsze , trochę bardziej smutne utwory. Oczywiście w jej twórczości znajdują się też bardziej energetyczne nutki, których w sumie jest sporo, bo ta pani wydała już pięć płyt. W tym roku ma się pojawić jej nowa płyta Oxen Hope, której premiera planowana jest na maj. Promują ją dwa utwory: tytułowy Oxen Hope oraz Radiomind. Oba utwory nie odbiegają specjalnie od ogólnej konwencji muzycznej, ale nie brzmią tak samo. Jest w nich coś, co pozwala uspokoić myśli i doprowadzić do jakiejś tam równowagi. Ciekawa jestem co jeszcze będzie na nadchodzącej płycie.

2014/01/08

Głos wszech czasów po raz kolejny w Polsce!

Po świątecznej krzątaninie i sylwestrowym odsypianiu nadszedł czas powrotu na stare śmieci i ponownego zarywania nocy nad książkami. Stwierdziłam,że milczkiem siedzi od przedświąt reszta blogowej ekipy, i że dawno tu nic nie było, a nie... momencik.. w ogóle nic nie było na temat tego wspaniałego artysty.
Jakby go określić? Wspaniały wokalista, Amerykanin pochodzenia kanadyjskiego z wykształceniem muzycznym (od 6 roku życia gra na fortepianie), własnym repertuarem, co najważniejsze skromny, a to, że homoseksualista? To nic nie zmienia.

Panie i panowie, oto sam Rufus Wainwright, mój mistrz. Kiedy go słucham, chce mi się śpiewać razem z nim i co ważne, jego kompozycje są na tyle melodyjne, że bez większych problemów można próbować dorównać mistrzowi.
Pewnie dalej nie wiecie o kim mówię? Jeżeli oglądaliście kiedyś filmy takie jak: Shrek, Across the Universe, Brokeback Mountain, czy jakże lubiany przeze mnie Moulin Rouge, to znacie go i razem z nim czuliście samotność Shreka śpiewając cohenowskie Hallelujah, czy melancholię Paryża nucąc Complainte de la butte.


Chciałam wam zwrócić na niego uwagę, ponieważ po raz kolejny odwiedzi Polskę i po raz kolejny będzie to Warszawa. W ramach promocji swojej najnowszej płyty, a właściwie jest to składanka typu the best of, zagra w marcu w klubie Palladium. Bardzo bym chciała tam być i zazdroszczę wszystkim, którzy mają już bilety (a wyprzedane są prawie wszystkie).


Jego piosenki nie są skomplikowane, bez żadnych udziwnień i szalonych wokaliz. Prostotą wykonania i skromną i klasyczną aranżacją muzyczną ujmuje za każdym razem, a przynajmniej mnie. Mogę go słuchać bez przerwy i za każdym razem odczuwać te same emocje. Po prostu cichutkie i nastrojowe spectacular spectacular!

Chciałabym, żeby chłopak mi tak śpiewał, a nie tylko wyjadał słodycze....



Buziaki :* :*

E-N

2013/11/08

Hulaszcze życie bez-literowe.

...cień dobry... Dawno mnie tu nie było.
Hulaszcze życie mnie pochłonęło i to co ze mnie zostało ledwo składa literki. Właściwie, to czuję się jakbym trochę cofnęła się w rozwoju. Mam wrażenie, że litery utrudniają życie człowiekowi, niby ułatwiać je miały, ale o wiele łatwiej mówić lub rysować, nieprawdaż? Co prawda męczę ostatnio parę książek i liczę, że to zapobiegnie całkowitemu mojemu uwstecznieniu, ale póki co wolę obrazki. Pismo obrazkowe było używane już n-tysięcy lat temu i wydaje mi się, że coraz bardziej wraca do łask. A dokładniej, nie tyle pismo obrazkowe, co komunikowanie się obrazem, a zdania przetworzyły się w krótkie komunikaty np. #love czy tak bardzo szczęśliwy. Sama je uwielbiam i myślę, że spora kupa ludków też, i wszyscy przyswajają, i przyswajają, i przemieniają, i mamy...? No właśnie... Co mamy?

Dlatego, że nie wiem o czym mam wam jeszcze po-przynudzać, proponuję porcję moich bazgrołków, jedne w lepszej, drugie w troszkę gorszej jakości zdjęcia (to wynik braku sprzętu in situ).

Part 1: Women for everyone 










Buziaki,
E-N :**


COPYRIGHT @ 2013 ESTERA NEKO. ZGODNIE Z PRZEPISAMI USTAWY Z DNIA 4 LUTEGO 1994R. O PRAWIE AUTORSKIM I PRAWACH POKREWNYCH WSZELKIE PRAWA DO TYCH PRAC SĄ WŁASNOŚCIĄ ICH AUTORA. POWIELANIE ORAZ KOPIOWANIE ZDJĘĆ BEZ ZGODY AUTORA ZABRONIONE! PRZYPISANIE SOBIE AUTORSTWA CAŁOŚCI LUB CZĘŚCI CUDZEJ PRACY, JEJ DEFORMACJA LUB EDYCJA BEZ ZEZWOLENIA AUTORA PODLEGA KARZE GRZYWNY, OGRANICZENIU WOLNOŚCI LUB POZBAWIENIU WOLNOŚCI DO LAT 3 


2013/09/04

Daleko-wschodnio...

Nigdy nie byłam fanką boysbandów, chociaż wszelkimi stronami dobijały się z rynku muzycznego, najczęściej anglojęzycznego, więc chcąc, nie chcąc przesłuchało się trochę ich muzyki. Kiedyś byli to Backstreet Boys, N-Sync (którego efektem jest mój przyszły kochanek Justin Timberlake) czy Westlife. Później moda na ten typ grup muzycznych powrócił i pojawili się Jonas Brothers i One Direction. Ale to nie to, bo Ameryka nie może robić tego samego 2 razy w ten sam sposób. Najlepszy moim zdaniem, albo raczej najciekawszy, rynek boysbandowy jest obecnie w Japonii i Korei. Ci ostatni są mistrzami w przyglądaniu się amerykańskiemu i tworzeniu własnego towaru.





Prosty przykład: włączam pierwszą lepszą playlistę, na którą trafiłam znając jeden zespół - Block B. Okazuje się, że są tam nie tylko aż 2 utwory mojego zespołu, ale w zamian dostaję 50 innych (i nie ma Gangnam Style). W każdym z nich dostaję to, czym powinien charakteryzować się idealny zespól: świetną choreografię i przystojnych chłopaków (mrrr), od których trudno mi oderwać oczy. Nie, nie dlatego, że paradują z obnażonymi torsami i głaszczą półnagie, powyginane kobiety w erotycznych pozach. Tu przychodzi mi do głowy wspomnienie ostatniego rozdania nagród MTV, gdzie główną "atrakcją" wieczoru stał się frywolny występ młodej piosenkarki, w trakcie którego publiczność nie wiedziała jak zareagować na ten pokaz. Też miałam problem z tym, żeby zrozumieć to co widziałam na nagraniu, które miało kilka milionów wyświetleń.




Wracając do moich chłopców, są oni przeróżnie ubrani, bo zależnie od tego co grają, ale nie spotkałam się w żadnym teledysku z przesadną erotyką, która coraz bardziej mnie drażni w zachodniej muzyce. Można oczywiście dyskutować kwestionując orientację seksualną zadbanych i wymuskanych młodych mężczyzn i mówić, że tacy pedzie jak Justin Bieber podobają się tylko małolatom z gimbazy i to nie jest prawdziwa muzyka. Wiem, że najczęściej są oni specjalnie wybrani i wyszkoleni aby zostać gwiazdą muzyki pop, a teksty nie są wyszukane, ale nie muszą 100 razy w ciągu jednej piosenki łapać się za przyrodzenie, żeby... hm w właściwie to nie wiem po co się to robi na scenie. Złośliwi dodali by, że po prostu nie mają za co złapać...Dobra, już dam spokój.



Wygrywają swoimi chwytliwymi kawałkami i umiejętnościami, których często brakuje amerykańskim gwiazdkom, a to, że niektórzy mają bardzo dziewczęcą urodę, a inni mocny makijaż jest najmniejszym problemem ;)
Słuchać i nie marudzić! :D

Buziaki :* :*

2013/07/27

Let's go party!

Reagge jest muzyką serca, która zawsze jest w cenie (Ras Luta i Rod Taylor --> <3) :) A co jest muzyką ciała, kiedy masz zamiar się wyszaleć, odmóżdżyć i bawić się do białego rana tak żeby brakowało tchu? Wtedy zmienia się klimat z jamajskiego na europejski. Przynajmniej tak mam ja ;) Od wczoraj w Belgii trwa szalony festiwal muzyki elektronicznej Tomorrowland (http://live.tomorrowland.com/), gdzie koncerty odbywają się w bajkowej scenerii Didsneylandu, a najlepsi DJ-e manipulują emocjami koncertowiczów przez całą noc. 






Niestety nie mogę być tam osobiście, ale dzięki live stream'owi na YT  można obserwować na bieżąco kto miksuje na scenie. (http://www.youtube.com/watch?v=-SQqHiw9J-M) Wczoraj był mój ukochany Steve Aoki, a dziś czekam na Knife Party. Woohoo!  Za nieco mniej niż półtorej godziny zaczyna się nowa relacja.


Start: 21:00!
Wbijajcie i bawcie się!

Ps. Taki krótki i szybki pościk, ale nie ma czasu na pisanie i czytanie zbyt długich teksów. Są wakacje! PARTY! PARTY! PARTY! :D

2013/06/23

Big Book Festival in Warsaw!

Pozwolę sobie napisać dwa posty dzień po dniu tylko dlatego, że ten weekend, a właściwie dzisiejsza, piękna niedziela, przyniosła mi, troszkę atrakcji. Przez weekend Warszawę opanowały książki, ale nie jakieś wyselekcjonowane, tylko wszystkie! Wszystkie, które czytamy i które nas interesują, i wcale nie muszą być one drukowane na papierze, chociaż osobiście wolę wersję papierową. Warszawskie centrum, zostało zamienione w Big Book Festival!

Co się działo?
Przez dwa dni festiwalu najwięcej działo się w Centrum Festiwalowym przy ulicy Marszałkowskiej, przy ulicy Chmielnej w Big Book Stop oraz we wszystkim dobrze znanym kinie Iluzjon. Więcej wydarzeń i atrakcji miało miejsce w sobotę,  w których niestety nie mogłam brać udziału, z powodu innych planów. Najbardziej żałuję, że nie mogłam wziąć udziału w akcji pt „ Mrożek na językach”- czyli maratonie czytania dzieł Sławomira Mrożka przez znanych aktorów, prezenterów telewizyjnych oraz pisarzy. Udało mi się przyłączyć do zabawy w niedziele, kiedy to po szalonych poszukiwaniach portfela koleżanki, udało się nam dotrzeć na pasaż Wiecha (tak, jest coś takiego w Warszawie),  który znajduje się w samym centrum miasta, gdzie w samo południe podjęliśmy próbę ustanowienia rekordu świata w liczbie osób czytających na wolnym powietrzu w jednym miejscu. W ten sposób na małym skwerku przy pasażu rozsiadły się 164 osoby, w tym rodziny z dziećmi, pisarze oraz przedstawiciele władz miasta i przez pół godziny, w skupieniu czytały książki przyniesione przez siebie lub pożyczone z regału ustawionego przy punkcie rejestracji. Nie jest to może powalająca liczba, ale zawsze mogło przyjść tylko 7 osób. Widok był niezmiernie ciekawy. My z Witoldem też się trochę wygrzaliśmy w słoneczku, które wyjrzało po porannej burzy, a później szybko przetransportowaliśmy się do kina Iluzjon, gdzie o 13 rozpoczynało się spotkanie pt. Polskie widma. Rozmowa dotyczyła głównie współczesnego pojęcia patriotyzmu, a dyskusja była naprawdę ciekawa, gdyż starły się głosy z różnych pokoleń i różnych środowisk artystycznych.Na koniec wzięłam udział w spotkaniu, które było moim docelowym, gdyż była to rozmowa o powieści kryminalnej oraz jej przełożeniu na obraz filmowy w Polsce. 

Dzień pełen wrażeń, kino Iluzjon piękne, muszę tam trafić raz jeszcze, dobra zabawa na happeningach, a ku swojej radości popołudnie zakończyłam na obiedzie w swoim ulubionym chińczyku. Po prostu palce lizać!

Taka tam mała wyprawka festiwalowicza :D

Była to pierwsza edycja festiwalu książki i chcę, żeby w przyszłym roku było więcej czytających, i żeby było tak pięknie jak dzisiaj, albo jeszcze piękniej!

Buziaki :*

2013/06/22

A po regałach hula wiatr...

Tym razem nie będzie edukacyjnie… Bo mamy przerwę. Znowu na muzykę? Nasz blog powoli zamienia się w przedziwny zbiór, którego nie sposób ogarnąć, a którego główne miejsce zajmuje muzyka. Pewnie dlatego, że muzyka jest tak ważna w naszym życiu. Pomaga ona poznawać i rozumieć świat, a co najważniejsze, pozwala młodym ludziom wykrzyczeć się i wyszumieć, co jest istotne dla ludzi w tak młodym wieku.

Ale o muzyce też nie będę pisała, pomimo, że jest ona istotna, ważne jest również film i kino. W tej dziedzinie ciągle się coś dzieje: kolejne premiery, kolejne festiwale i co najważniejsze nowi, młodzi reżyserzy ze świeżym podejściem do filmu. O wszystkim możemy przeczytać w internecie. Problemem jest tylko to, że wielokrotnie informacje zamieszczane na różnych stronach, nie są przez nikogo weryfikowane i czasem są tam same głupoty. Dlatego warto zawsze poczytać recenzje i opinie ludzi mądrych. Bazą dla takich materiałów jest m.in. miesięcznik FILM, gdzie redaktorem naczelnym jest znany krytyk filmowy Tomasz Raczek. Pewnie, można uważać, że jakiś tam Raczek nie będzie mi mówił, co mam myśleć o filmie, bo sam potrafię stwierdzić, czy film mi się podoba czy nie. ALE jego wiedza i wieloletnie doświadczenie, które ma ogromny wpływ na jego artykuły, mogą uchodzić za opiniotwórcze i w tej dziedzinie pan Raczek może uchodzić za autorytet.

I właśnie, kiedy kupiłam ostatnio wydany numer czerwcowy i jak zwykle zaczęłam przeglądać od końca, przewinęły mi się niesamowicie ciekawe artykuły i wywiady ( rozmowa Bodo Koxa z Janem Jakubem Kolskim jest po prostu oszałamiająca ;)), aż w końcu dotarłam do pierwszej strony, na której znajduje się notatka od redaktora naczelnego. Czytam, czytam i z linijki na linijkę oczom nie wierzę. Niecenzuralne wyrazy cisną się same na usta…. Czytam raz jeszcze…. Szok… Mam w ręku ostatni numer miesięcznika FILM, ponieważ zadecydowano, a właściwie wydawca zadecydował, że po 67 latach obecności na rynku, należy przejść na emeryturę. Po 67 latach chcą zamknąć FILM?! To co ja będę czytać? Dlaczego? Jak oni mogli?! Zło czai się wszędzie! Wiem, że na pewno problem, polega na tym, że ludzie nie kupują prasy. Wolą poczytać online, za darmo... Tak nieprofesjonalnie… Pomimo wszystko, nie potrafię się z tym pogodzić, że najlepsze pismo o tematyce filmowej zostało wycofane. 

Cytując słowa Tomasza Raczka kultura filmowa przyzwyczaiła nas, że jej cechą jest natura Feniksa, czyli umiejętność odradzania się w postaci sequeli. Jeśli pragnienie odbiorców okaże się wystarczająco silne, także dla FILM-u może powstać szansa w postaci sequela. Miałem sen, że…tak właśnie się stanie!

I ja też mam taką nadzieję….


Buziaki :*



2013/05/28

Dokształcaj się, ludu!

Skoro juto kolokwium z zacnego przedmiotu o nazwie ochrona środowiska, doedukuję Was trochę, nieuki. Jestem przekonana, że nie macie zielonego pojęcia, w jaki sposób ulokować składowisko odpadów tak, by jak najmniej szkodziło środowisku. Ja, zasiadając to tego jakże wspaniałego tekstu, również nie wiem o co cho, ale w trakcie pisania, mam zamiar dowiedzieć się i zapamiętać, bo jest to wiedza bardzo istotna, co codziennej egzystencji każdego człowieka.

Zacznijmy od tego, co należy rozumieć poprzez termin składowisko odpadów. Terminem tym nazywamy obiekt budowlany do składowania odpadów. Tak po prostu. Wyróżnia się składowiska odpadów niebezpiecznych, obojętnych i innych niż obojętne i niebezpieczne.
Inżynierowie,  którzy żyją dzięki projektowaniu tak wspaniałych obiektów, muszą wziąć pod uwagę również budowę geologiczną terenu, na którym miałoby być ono zlokalizowane. Musi mieć uszczelnione dno i ściany boczne, a warstwy gruntów pod nim i w otoczeniu powinny tworzyć formę bariery geologicznej , która tworzy barierę izolacyjną (inżynierską).

Bariera geologiczna jest niczym innym, jak po prostu warstwą gruntową, stanowiącą naturalną barierę ograniczającą migrację ewentualnych zanieczyszczeń, chroniącą wody podziemne przed zanieczyszczeniem. Tak przynajmniej tłumaczy to Rozporządzenie Ministra OŚ w sprawie wymagań dotyczących lokalizacji, budowy, eksploatacji i zamknięcia jakim powinny odpowiadać poszczególne typy składowanych odpadów(2003r.).  A cechy, którymi powinna cechować się dobra bariera geologiczna to mała przepuszczalność (<1*10-9 m/s); duża miąższość i jednorodność; znaczne rozprzestrzenienie; duża pojemność sorpcyjna warstw; mała chemiczna rozpuszczalność; mała podatność na procesy erozyjne.
Przy projektowaniu zagospodarowania terenu powinno określić się prawidłowości rozmieszczenia obszarów, tworzących naturalne geologiczne bariery izolacyjne. Przestrzenny układ warstw zbudowanych z gruntów o odpowiednich właściwościach izolacyjnych jest efektem określonej morfogenezy obszaru i może mieć odzwierciedlenie w układzie form geomorfologicznych (form rzeźby terenu ;p). Jest tak, ponieważ istnieje związek między zdolnością do zatrzymywania zanieczyszczeń przez różnego typu osady powierzchniowe, a ich morfogenezą i rozmieszczeniem w przestrzeni geologicznej.

I nagle wszystko stało się jasne! O ile w ogóle to czytasz ;P

Istnieją również parametry określające zdolności izolacyjne osadów budujących wydzielone formy geomorfologiczne, ale tego jest sporo, a moim zdaniem najważniejsze są : pojemność wymiany kationowej (CEC), sorpcja metali ciężkich oraz układ warstw litologicznych. Pojawiło się określenie sorpcja. Bardzo ogólnie sorpcja to zatrzymywanie np. substancji, ale dokładniejszych informacji polecam poszukać w fachowych źródłach, a chyba najpopularniejszym z nich jest Wikipedia.

Przykładowymi obszarami w Polsce, posiadającymi formę bariery geologicznej to obszar wysoczyzny Nidzickiej w okolicach Grzebska oraz Równina Kurpiowska.


Jest to fragmencik notatek, których zawartość poznać trzeba, aby zadowolić prowadzących ćwiczenia z zacnego przedmiotu na mojej uczelni.

Buziaki :*

2013/04/08

"I fink U freeky and I like U a lot..."


UWAGA! Tekst napisany przez człowieka przeżutego i wyplutego przez współczesny system edukacji na polskich uczelniach wyższych. Autor nie ponosi odpowiedzialności... O nie!


Miałam napisać o ostatniej płycie D. Bowie, jednej z niesłabnących gwiazd światowej muzyki pop. Miałam opisać jakie to miałam wobec niej oczekiwania i jakie emocje we mnie wywołała. Jedynym problemem jest to, że moja opinia, jako niekompetentnego przedstawiciela szarej społeczności studenckiej, mieści się w jednym krótkim stwierdzeniu: bez szału. Miało być porywająco, nieprzeciętnie i intrygująco, dlatego wyszło bez szału.

W związku z powyższym zaczęłam znowu zastanawiać się, czym mogłabym się z Wami podzielić, w taki sposób, aby Was zainteresować i porwać swoją oryginalną opowieścią, ale dupa. A właściwie, to nie żadna dupa, a pustka. Pustka emocjonalna, pustka egzystencjalna… Ale o pustce też można pisać epopeje (chyba), ale kto by to czytał? Dlatego że z pustki powstał punkt, a z punktu powstał chaos, a z chaosu powstał wszechświat, a we wszechświecie jest nasza kochana planeta Ziemia, napiszę Wam o tym co odnalazłam na jednym z kontynentów, bez ruszania się ze swojego ascetycznego i niewygodnego krzesła w pokoju. W poszukiwaniu swojego miejsca na świecie, trafiłam do Afryki. Tam na samiutkim koniuszku tego przeogromnego zbitku płyt tektonicznych, jest RPA.

http://www.interviewmagazine.com
Tam pośród mieszanki ras i kultur powstała kultura ZEF, która swoje źródła ma pośród biedniejszej części społeczeństwa, która próbowała udawać, że żyje na o wiele wyższym poziomie niż naprawdę żyła. Obecnie Die Antwoord, bo do nich właściwie zmierzam, jest wielkim prekursorem w kwestii rozwoju nowej fali ZEF. Tworzą nowy styl i wnoszą świeży powiew do hip hopu, nie bójmy się tego powiedzieć, na wysokim poziomie. Co ciekawe, nie wstydzą się swojego pochodzenia. Mam na myśli to, że ich język w żaden sposób nie zmierza do imitowania amerykańskiej muzyki, do których chce się upodobnić tak wielu muzyków (najczęściej z mizernym skutkiem).  

Fascynuje mnie również ich image. Charyzmatyczna wokalistka- Yo-Landi zwraca uwagę nie tylko swoimi strojami, ale i fryzurą i spojrzeniem. Jeżeli pojawia się w teledysku, od razu przykuwa sobą uwagę. HOT! Należy też tu wspomnieć o ciągu dalszym nieprzeciętnego duetu (chociaż nie wiem czy jest on bardziej ciągiem dalszym, czy początkiem całości), a mianowicie o raperze o ksywie Ninja, który nie skąpi publiczności widoku swojego nagiego i wytatuowanego torsu. HOT! Poza tym bawią się w symbole  króliczków Playboya i pentagramy, złote łańcuchy, futrzane płaszcze (z białych myszek 0.0) i ‘fuck’ . A, i co jeszcze jest niesamowite, w ogóle nie próbują być piękni ani ociekający w plastik, a jeżeli jest już plastikowo i mega tandetnie, to widać, że po prostu sobie jaja robią. Mam  nadzieję, że wiecie co chcę przez to powiedzieć.
http://userserve-ak.last.fm

Ja ich uwielbiam i myślę, że mogą swobodnie zastąpić pana Bowie na miejscu najciekawszego  looku scenicznego, a przynajmniej w teledyskach, pomimo odmiennego gatunku tworzonej muzyki. I na pewno nie ustępują w szokowaniu i brawurze pani Gadze czy pani Madonnie, ale sami wiecie jak to jest…  


Chcę ich więcej i więcej, i jeszcze więcej… Oo! 


Buziaki :*

2013/03/25

Otwórzmy swe kubki smakowe!

Jeeeść!


Od niedawna mam mocne postanowienie – spróbowanie jak najwięcej potraw i produktów dziwnych, ale spożywczych. Dlatego nie czekając  aż góra przyjdzie do Mahometa, pobiegłam do najbliższego sklepu z produktami zagranicznymi.

Napadłam na swój ulubiony dział azjatycki i nie tylko zrobiłam klasyczne zakupy (taki tam makaron z fasoli mung i sosik słodko-kwaśny, ofc made in China), ale i dorwałam kilka ciekawych kąsków.

Na pierwszy ogień poszły zupki błyskawiczne. Są łatwe w przygotowaniu i przepyszne, a co ważne nie kosztują zbyt wiele, więc można poszaleć w smakach. Oczywiście, o wiele lepiej pójść do normalnej restauracji i coś sobie tam wybrać. Tylko po co?! Tak więc wybrałam tajską zupkę i smaku zielonego curry i pikantną słodko-kwaśne danie z makaronem o smaku krewetkowym. 
Smak pierwszego jest  niesamowity- na początku piekielnie ostry, ale później język się przyzwyczaja i dopiero można spokojnie zjeść. Kiedy kupiłam po raz pierwszy zupkę krewetkową (bo tym razem zrobiłam to świadomie) i zadowoleniem zrobiłam sobie w miseczce, nie byłam świadoma, co mnie czeka. Kiedy zjadłam pierwszą łyżkę, mój przełyk chciał opuścić swoje normalnie miejsce i wziąć prysznic. Na szczęście nic takiego stać się nie mogło, więc szybko musiałam znaleźć butelkę wody i kontynuować obiad.
To nic nie dało.
Ale przecież nie można dać się pokonać zupce z Tajlandii!
Wtedy musiałam sięgnąć po ostatnią deskę ratunku. To był mój pierwszy raz, kiedy zupę z makaronem zagryzałam bułką… ale podziałało! Kosmiczne doświadczenie.

Później na tapetę poszły napoje. Pośród zielonych herbat i soków aloesowych dopatrzyłam się napoju, którego nie potrafiłam połączyć z czymkolwiek co znałam. Albowiem był to napój z Tamaryndowca.
Yyy… czego? No właśnie! I o to chodzi! Wrażenia są niesamowite. Wzrokowe- bardzo- barwa brunatnej zawiesiny nie zachwyca, zapach- specyficzny, ale nie odrzucający, smak- niepowtarzalny. Gorąco polecam na zimno- super orzeźwia  mniam, mniam, mniam.....

Na końcu wskoczyłam jeszcze do alejki ze słodyczami w poszukiwaniu japońskich paluszków Pocky. Niestety słuch po nich tam zaginął, ale za to trafiłam na nieznane mi wcześniej cukierki imbirowe.
Myślałam, że będą to zwykłe landrynki, a tu ku mojemu zaskoczeniu cukierki są prawie jak żelki o przepysznym mocnym smaku imbiru. Jak doczytałam na opakowaniu, to wyprodukowano je w Pasuruanie (wschodnia część wyspy Jawa, dla niezorientowanych – w Indonezji) i gdy poszperałam w intrenecie, to okazało się, że region ten specjalizuje się w produktach imbirowych, więc chyba dobrze trafiłam.


Jeżeli macie jakieś inne, ciekawe doświadczenia smakowe, to podzielcie się nimi! Na razie mam jeszcze w planach samodzielnie sporządzenie onigiri, ryżowego, tradycyjnego przysmaku japońskiego, a może kiedyś nawet sushi…


Buziaki :*

2013/03/14

Moonrise Kingdom


Ostatni miesiąc był dość ... intensywny. Myślałam, że po sesji będę miała trochę czasu wolnego od nauki. Niestety nie ma tak łatwo. Wracam do domu i jestem tak zmęczona, że nawet nie mam siły obejrzeć mojego ulubionego serialu (!!). A gdy już coś obejrzę, to nawet zwykła, przygłupia komedia wydaje mi się arcydziełem filmowym (co się ze mną dzieje?!!).
Na szczęście ten okres mija i pomału wracam na dawne tory. Niestety nauki mam tyle samo, a nawet coraz to więcej, lecz zaczynam się do tego przyzwyczajać i nie przytłacza mnie to już tak bardzo. Ten post miałam już wstawić dawno temu, ale po napisaniu poprzedniej wersji, nie byłam z niego zadowolona. Myślę, że jeszcze nie opuściło mnie zmęczenie po intensywnym lutym. Ale w końcu się spięłam i oto mój post wersja 2.0, albo 2.1, tyle ich było :D
***************************************************************************************************************************



Mniej więcej 2 tygodnie temu miałam okazję obejrzeć film Wesa Andersa "Moonrise Kingdom"*. Był to pierwszy film tego reżysera, który widziałam. I moje pierwsze wrażenia? Zakochałam się. Śmiało mogę powiedzieć, że to co zobaczyłam przywróciło mi wiarę we współczesne kino






Lata sześćdziesiąte XX wieku. Sam i Suzy, para  zakochanych w sobie nastolatków (ok 12 lat), postanawiają uciec z miasteczka w Nowej Anglii, w którym się wychowują. Lokalne władze uznają ich za zaginionych. Rozpoczynają się poszukiwania, którymi dowodzą kapitan Sharp  oraz rodzice dziewczynki. (źródło: filmweb)


Brzmi trochę nudno, prawda? Może trochę oklepanie? A wcale tak nie jest. Przez półtorej godziny ani razu nie miałam ochoty przestać oglądać. Film tak naprawdę opowiada historię o miłości, którą można znaleźć w co drugim filmie, lecz tutaj jest to podane nam w zupełnie innym stylu niż zwykle. Nie chcę tutaj zdradzić za wiele, zostawię Wam przyjemność obejrzenia samemu. Mogę tylko zapewnić, że jest to inteligentny film w bardzo oryginalnym stylu i nie każdemu się spodoba.



Niezwykłą frajdę sprawiło mi pokazanie prawdy życiowej w filmie. Pamiętacie, jak dorośli zawsze nam mówili: "nie rób tego", "to nie dla ciebie", a i tak sami to robili. Właśnie tutaj jest tak samo, z tym że tak naprawdę to dzieci tutaj zachowują się bardziej dojrzale i odpowiedzialnie. Wspaniała karykatura,szyderstwo z tak naprawdę przereklamowanej dorosłości. Dorośli są tutaj raczej nieporadni, nieodpowiedzialni.


Koniecznie muszę tu wspomnieć o obsadzie. Młodzi, nikomu nie znani aktorzy (Sam - Jared Gilman; Suzy - Kara Hayward) zepchnęli na dalszy plan tych "wielkich". Ale o nich też muszę wspomnieć, bo wykonali kawał wspaniałej roboty. Bruce Willis łamie swój stereotyp bycia tym, który "skopie wszystkim tyłki". Swoją grą miejscowego policjanta, trochę "fajtłapowego", ale także uroczego, podbił moje serce. Zawsze miałam do niego słabość :) (cudne role w "Pulp Fiction" i  "12 małpach"). Edward Norton jako słodki harcerzyk, który zostaje bohaterem (nie powiem nic więcej :)). Do tego Tilda Swinton, Bill Murray i Frances McDormand . Gra aktorska pierwszorzędna.







Całość oprawiona w niezwykłą, czasem wręcz teatralną scenografię. Plus narracja balansująca między powagą a absurdem. Nie można także zapomnieć o muzyce. Alexandre Desplat. Mistrz w swojej dziedzinie. 






Krótko podsumowując: wspaniałe, inteligentne kino z humorem, wyobraźnią, wybitnym aktorstwem. Jeden z najlepszych jakie widziałam.





* Muszę o tym wspomnieć, ponieważ boli mnie to strasznie. Jak można z takiego pięknego tytułu jak "Moonrise Kingdom" zrobić "Kochanków z Księżyca"?! Jakiś absurd!

2013/02/26

Love-story again, you son of a bitch!


Druga część zdania to chyba najczęstszy zaimek używany w super-produkcji kolejnego genialnego reżysera.  Słychać strzał, serię strzałów. Huk i rumor. Wszystkie kule zostały władowane w pierś/nogi/głowę/inną część ciała jednego bohatera i bohater stworzył wielką mokrą krwawą paćkę na podłodze i wszystkim wokoło w obrębie 5 m.

Hey big trouble-maker!

Magia Tarantino nigdy nie przestanie przyciągać, chyba. Co ten facet w sobie ma? Nie mam bladego pojęcia! Nawet przystojny nie jest, ani ładnie nie potrafi się ubrać, ani przynajmniej przyzwoicie nawet na rozdanie Oskarów… Ale kiedy ubierze okulary przeciwsłoneczne, koszule w kratę i jeansy, na pewno zastanowił/a byś się dwa razy zanim zapytał/a byś go o drogę.

Kiedy podróżuje się przez Dziki Zachód, naprawdę należy uważać, kogo się zaczepia. Można trafić na takiego dr Kinga Schultza, który może za byle głupstwo np. brak chęci do współpracy rozstrzelać twoje trzewia na miliony kawałków. American horror story? Nie! Po prostu Django- chyba jedyny western, który obejrzałam do napisów końcowych, a trwało to nie mało, bo prawie 3 godziny.

Zabawnie się złożyło, że oglądałam go w noc rozdania Nagród Amerykańskiej Akademii Filmowej, gdzie pan Quentin dostał Oskara, za Najlepszy oryginalny scenariusz. Nie musiałam znać laureatów, by stwierdzić, że to kolejne dzieło Tarantino, które na miarę Pulp Fiction i Kill Bila, może wpisać się do historii kina.
Jeden z polsko-amerykańskich dziennikarzy stwierdził, że Tarantino po raz kolejny zrobił taki sam film jak poprzednie. Zdecydowanie się z tym nie zgadzam. Z jego ręki nigdy nie powstał jeszcze western, który był jego marzeniem od dzieciństwa. Nawet, klasycznie grając jedną z drugo-, a nawet trzecio-planowych ról, został prawdziwym kowbojem, a żeby było zabawniej po 3 minutach nawet mokrej plamy po nim nie było. Poza tym, historia była opowiedziana liniowo (nareszcie), chociaż Tarantino jest specjalistą do spraw retrospekcji, a bohaterowie byli bardzo kolorowi. I wcale nie mówię tu o kolorze skóry.

Źródło: www.indiewire.com

 Moją ulubioną postacią, myślę, że nie jestem w tym sama, był dr King Schultz (skoro był Niemcem, piszę jego nazwisko poprawnie po niemiecku), grany przez Christophera Waltza (ach, cóż za zbieżność nazwisk). Jakże ważna, choć drugoplanowa rola. Był tak sarkastyczny, a jednocześnie poważny, tak porywający i tak nieprzewidywalny, że wcale się nie dziwię, że Django chciał z nim współpracować. Sam też dużo na tym zyskał. Dr Schultz był piękny na tle brutalnego świata, w którym przyszło mu, żyć. Przyszło mu zetrzeć się z tym złym, którego  w równie niezmiernie intrygujący sposób przedstawił Quentin. Mężczyzna, o którym mówię, nosił przewrotnie nazwisko Candy i był silni związany z głównym motywem filmu jakim było niewolnictwo. Największym zaskoczeniem była obecność najwredniejszego „czarnucha” w Ameryce, Stephana. A może nie tyle on sam, co to, że grał go Samuel, Samuel L. Jackson (węże w samolocie), którego, że smutkiem muszę przyznać, nie udało mi się rozpoznać.  Stephan jest przeniknięty ideologią białych i jest przeciwieństwem głównego bohatera, co może sugerować, że nie wszyscy czarnoskórzy niewolnicy chcieli wyzwolenia.

Niesamowitym elementem filmu dla mnie było dla mnie takie balansowanie na granicy dobrego smaku. Częste czarnuchowanie, wydawało mi się zbyt mocne i trochę mi to przeszkadzało, ale to jest Tarantino, więc chyba można na to spojrzeć jako sugestię do ukazania problemu dyskryminacji nie tylko rasowej i nie tylko w świecie przedstawionym, ale i współcześnie.

Tak, zgadza się, love story again. Bo jakby tu zrobić film bez miłości? Nie wiadomo do dziś. Ta  historia jest piękna, a to co ukochany musiał przeżyć, bolało tę męską część widowni, a przynajmniej kilku znajomych.
Quentin, Quentin, co z ciebie wyrośnie, można by powiedzieć parafrazując jedną z dziecięcych piosenek. Za każdym razem, kiedy bierze się za film, wychodzi coś unikalnego. Oczywiście w schemacie Tarantino- nieprzewidywalne  chaotycznie, mięsnie i brutalnie, a co ważne- paradoksalnie zabawnie. 

Mam nadzieję, że za kilka lat doczekamy się następnej produkcji, która obrzuci nas krwistym stekiem i obleje ketchupem, a my będziemy zachwyceni.


Buziaki :*

2013/02/21

Przyjaciel na zawsze...


Natychmiast! Zanim emocje opadną!

Kocham! Kocham! KOCHAM GO!

Tak w skrócie mogłabym opisać moje uczucia względem pewnego, nadgryzionego zębem czasu mężczyzny. Jest już od dobrych kilku lat związany z produkcją filmową, zwłaszcza produkcji filmów animowanych i czarnej komedii. Ma wspaniałą żonę, która jest niemniej pokręcona od niego. Mieszkają osobno, więc może miała bym szanse na małe rendez vu…

A o kim mówię?

Panie i Panowie, o to Tim Burton, którego imają się wszystkie lekko nadgniłe truposze, wielkogłowe brzydactwa, pokraczne i zwyrodniałe monstra, które w 99% gra Johnny Depp oraz rozhisteryzowane oraz po prostu brzydkie, ale silne kobiety, których role otrzymuje jego ukochana małżonka, Helena Bohnam- Carter.

Ogólnie rzecz biorąc, to cały ten tercet, jest nieco egzotyczny. A kiedy dołączymy do nich jeszcze nieprzeciętnego muzyka i kompozytora, Dannego Elfmanna, to z tego na pewno będzie hit na skalę ŚWIATOWĄ…

Oglądając napisy końcowe do ostatniego animowanego dzieła Burtona, Frankenweenie, miałam łzy w oczach…Kolejna wspaniała animacja <3



Historia opowiada o chłopcu Victorze, który ma psa- swojego najlepszego przyjaciela- Sparky'ego. Pewnego dnia chłopiec ginie… nie, nie, nie… to pies ginie pod kołami samochodu, a chłopiec podejmuje próbę przywrócenia mu życia, to tak bardzo w skrócie.

Historia jest przyjemna, kolorowa, choć czarno-biała i jak zwykle pełna czarnego humoru. Więc ogólnie czarno-czarna, z białymi zakłóceniami. Czasem gubiłam się czy jest dzień, czy noc. Na szczęście z błędu wyprowadzała mnie Viktor, który chodzi do szkoły. Chłopiec jest mądry. Typ naukowca, na co również wskazuje jego nazwisko- Frankenstein, który na strychu domu rodziców, ma swoje małe laboratorium doświadczalne. Niestety społeczeństwo miasteczka, w którym mieszka nie rozumie go. No trudno, dzieciaki maja różne pomysły, to ok. Ale kiedy pojawia się nowy nauczyciel, o surowej twarzy, z podkręconym wąsem, i tłumaczy dzieciakom prawa fizyki i wprowadza je w tajniki nauki, rodzice się oburzają i żądają usunięcia go ze stanowiska. Burton ukazuje tu ograniczoną grupę ludzi, którzy pod wodzą gburowatego burmistrza, chce pozostać w swoim zgnuśnieniu.

Samo imię Victor już powinno nas prowadzić do historii. Nawiązuje ono do jakże znaczącej dla Wielkiej Brytanii oraz Europy, epoki wiktoriańskiej. Był to okres, kiedy przez prawie 70 lat na tronie zsiadała jedna osoba (wyjątkowa sprawa). Ale największe znacznie miał wtedy rozwój technologiczny –powstanie maszyny parowej, to chyba najbardziej znaczące wydarzenie owej epoki. Można powiedzieć, że była to epoka innowatorska, która wnosiła coś nowego w społeczeństwo. Viktor jest właśnie tą innowacją wśród społeczności swojego miasteczka. Oczywiście wynalazki nie zawsze były uznawane i pozytywnie przyjmowane. Z Viktorem było podobnie- był uważany za dziwnego, może nawet niebezpiecznego dla otoczenia.

Inną kwestią jest też ukazanie tego, że nauka nie może istnieć sama w sobie. Muszą być z nią powiązane głębsze pobudki. Należy włożyć uczucia w to, co się robi, a wtedy przyniesie działanie przyniesie o wiele lepsze rezultaty. Wniosek: pokochajmy naszą fizykę, chemię, filozofię i inne wspaniałe przedmioty, które uprzykrzają naszą  codzienność, a zostaniemy mistrzami w tej dziedzinie.

Tim Burton ma bardzo specyficzny sposób animacji, jak i kreowania postaci. Akurat Frankenweenie wydaje mi się być, podobnie jak Corpse Bride, animacją poklatkową, a przynajmniej w większości. Dla mnie jest to fenomen pośród animacji kinowej. Takich filmów po prostu się teraz nie robi! Wszyscy wolą nowoczesną, stuprocentowo komputerową animację. A może nie tyle co wszyscy, a producenci, którzy przez to liczą na dużo większy zysk, przy mniejszych kosztach produkcji.  Postaci Tima mają bardzo charakterystyczny, przerysowany wygląd. Duże głowy z wielkimi, wyłupiastymi oczami i chudziutkie nóżki i rączki.

Wracając jeszcze raz do samego Frankenweenie, to po prostu w filmie było nareszcie czuć styl Burtona, bo w poprzednich dziełach go troszkę zatracił np. w  Dark Shadows czy Alice in Wonderland,  który ja uwielbiam. Będę polecała  tego reżysera nawet zatwardziałym dorosłym, którzy w bajkach dla dzieci nie widzą wartości. Jak powiedział kiedyś Mały Książe: Wszyscy dorośli byli kiedyś dziećmi, ale niewielu z nich pamięta o tym. I wcale nie chcą otworzyć się na film, a już na pewno na kreskówkę.

Ehh… miało być o samym filmie, a rozeszło się na wszystkie strony….

No ale i tak, liczę na więcej i więcej takich produkcji!


Buziaki :*


P.S. Może i Tim kiedyś to przeczyta…. Ahhh….*...*



2013/02/19

Dzień od podeszwy


Zabijając czas wolny, w oczekiwaniu na Księcia z Bajki, przekopywałam Allegro w poszukiwaniu czegoś wyjątkowego. Tak przewinęły mi się przed oczyma prześliczne sukienki, pończochy, kokardki (<3), sweterki, spodnie i buty…

Buty kupowane przez Internet  zawsze najbardziej mnie interesowały. 

Dlaczego? 

Ponieważ można trafić na super okazję. 
Ponieważ możesz sobie przebierać i oglądać je o dowolnej porze dnia i nocy. 
Ponieważ często w sieci jest większy wybór np. kolorów.
I co najważniejsze,  
ponieważ jest to prawie niemożliwe żeby takie buty pasowały. 
Bo pomimo, że sprzedający podaje np. długość wkładki, to przecież szerokość buta też jest istotna! A już nie mówię o wysokości buta w czubku, czyli tam gdzie powinny znajdować się palce. Łatwiej mają Ci, którzy mają szczuplejszą stopę… Chociaż nie zawsze, bo kiedy takie dziewczę o chudziutkiej stopie kupuje trzewika na mega-super wysokiej szpilce i bez żadnego paseczka, to pewnie w tych trzewiczkach nie pobaluje, bo będą jej spadać. Dlaczego? Bo nie wiedziała jakiej szerokości ten trzewiczek jest. Ot i problem. Inną sprawą jest kupić buty online, kiedy w normalnym sklepie możesz je obejrzeć i przymierzyć, a kupujesz online, bo jest taniej. Mi się zawsze marzyły takie śliczne pudrowe balerinki z Primarku, ale cóż….
Osobiście zawsze najbardziej denerwowały mnie szpilki- sandałki. Wspaniale wyglądające paseczki, delikatnie okalające stopę, które wyjątkowo dobrze prezentują się do letniej sukienki.  Mrrrr…bajka… ? Wcale nie! Horror show się zaczyna kiedy wybierzesz się w nich np. na romantyczny wieczorny  spacer i zdarzy się krzywa płytka w chodniku. Normalny (zamknięty) but byłby niewzruszony, ewentualnie przybrudzony, a taki paseczkowy delikwent pobada prawie w depresję i rozpada się, może nie na tysiące drobnych kawałeczków, ale jeden paseczek na pewno mu puści, albo dwa… i wtedy już szlag trafił romantyczny nastrój, bo trudno się idzie w źle trzymającym się buciku. 

Trampki byłyby lepsze. Pomimo, że to obuwie sportowe, to też fajnie wyglądają do sukienki. Mają też różne wzory i kolory i kształty. W takich trampkach/tenisówkach możesz być pewna, że kostka Ci się nie skręci na byle kamieniu. Chociaż i o to zadbali projektanci i producenci. Trampko-szpilki! Szał! W nich to dopiero przebierać można! Są neonowe, z gwiazdeczkami, kolorowymi sznurówkami a nawet z ćwiekami i cekinami. W takich w cekiny to można by i do teatru się wybrać! (Tak! Widziałam ostatnio na jakimś wspaniałym, chyba amerykańskim filmie ;) Ale podobno są super stabilne kiedy zastąpimy obcas koturnem. A wtedy jak można zaszaleć ze wzorem ;)

Nie pojmuję jak w ogóle można chodzić w błyszczących trampkach/tenisówkach. Może i jestem zacofana, ale błyskotki są zarezerwowane dla eleganckiego obuwia na wieczór. Już w ogóle nie wspomnę o pseudo-glanach z gwiazdkami lub/i w kolorze opalizującego fioletu lub bieli….Jak glan to glan- czarny i poskręcany śrubami!

Tą oto cudowną myślą kończę tę obuwniczą rozkminę dinozaura. Niech eleganckie buty pozostaną eleganckie, a sportowe- sportowymi. A zakupy butów online pozostawiam dla odważnych ;)


Buziaki :*

2013/02/15

Przegląd literatury współczesnej wg Neko.



Dzisiaj chciałabym odejść od tego, o czym do tej pory pisałam – o banałach łatwych i przyjemnych. Okazuje się, że jeżeli włoży się trochę trudu w coś co się robi, to też może stać się przyjemne.

Weźmy sobie na przykład taką książkę. Książka wcale nie jest łatwa ani przyjemna. Żadna. Jest duża, twarda, gruba, a jeżeli ktoś namarnował na nią sporo drzew i tuszu, to nawet i ciężka. A nie mówiąc już o tych w twardej lakierowanej oprawie. Nie można ich włożyć do torebki, bo będzie za ciężko, a poza tym mogło by się tam zmieścić jeszcze jedno lusterko, albo szczotka i rękawiczki, które w kryzysowej sytuacji przydadzą się o wiele bardziej. O, albo słuchawki do telefonu. Przecież o wiele łatwiej jest słuchać muzyki niż dźwigać, a już nie mówiąc o czytaniu. Po prostu katastrofa!

Na szczęście co jakiś czas można spotkać jakiegoś masochistę, który utrzymuje że lubi czytać, nawet te cegły. Kolejnym szczęściem jest to, że wydawnictwa ostatnimi czasy starają się nie produkować lakierowanych cegieł do leżenia na półce. (Mówię tu o tych do czytania, bo np. ciężki atlas geograficzny ze wspaniałymi mapami, na dobrym jakościowo papierze, to bajka.) Oczywiście to nie ze względu na czytelnika, któremu o wiele bardziej chce się czytać, kiedy książkę może trzymać w dłoni, która mu nie „więdnie” po 3 minutach, ale ze względów ekonomicznych.

Jakiś czas temu, dobrych kilka miesięcy,  miała premierę ostatnia książka Paula Austera  Sunset Park, znana pewnie niektórym biała okładka z twarzą przystojnego mężczyzny, z półek księgarń. Wtedy też, chociaż  chyba trochę wcześniej, w wieczornych audycjach radiowej Trójki zaczęto ją czytać. Z ciekawością wysłuchałam jednego lub dwóch fragmentów tej książki, bo później nie wytrzymałam i musiałam ją kupić. Kiedy tylko zobaczyłam Ją na półce pobliskiego Empiku moje serce zamarło. Była taka piękna, a jednocześnie tak ascetyczna i zero połysku na okładce (matowy lakier, ach cóż za wspaniały wynalazek). Z podekscytowaniem włożyłam nowy nabytek o torby i wyciągnęłam słuchawki (a co!), ale kiedy dotarłam do domu i otworzyłam pierwszą stronę, oddałam się jej w całości. Z tego co pamiętam, to nawet jeździła codziennie ze mną do szkoły.

Książka opowiada o losach 5 młodych bohaterów, którzy próbują odnaleźć siebie we współczesnym świecie. Niby banał, ale Auster ma tak fantastyczny sposób pisania, że nawet blask Nowego Jorku, gdzie dzieje się główna akcja powieści, zostaje zasnuty dawką współczesnej szarości i cierpienia, które musi ponieść człowiek na drodze ku odnalezieniu własnego miejsca, miłości i szczęścia.

Książka ujmuje, ponieważ bohaterowie są na tyle rozbudowani i ucieleśnieni, że chyba każdy młody człowiek może odnaleźć w nich cząstkę siebie i spróbować się przenieść w ich świat i zastanowić się: co ja bym zrobił/a na ich miejscu? To jest niesamowita refleksja, zwłaszcza kiedy pozna się ich historię, kiedy to 4   bohaterów wprowadza się do opuszczonego domu niedaleko brooklyńskiego Sunset Park.

Jest to dopiero pierwsza książka Paula Austera , którą przeczytałam, ale zaopatrzyłam się już w następną : Podróże po skryptorium, a w planach mam jeszcze Trylogię nowojorską, więc do pracy, rodacy!


Czytać książki, mugole!

2013/02/09

Co jak co, ale animacja musi być!


Anime.

Ostatnio coraz bardziej popularne wśród młodzieży. Mnie wkręciło przez przypadek, właściwie z powodu braku lepszej rozrywki na pewne senne i bure popołudnie.  Zaczęłam od klasyków: Death Note, a później za namową koleżanki, wielkiej fanki dalekowschodniej animacji- Kuroshitsuji, ale o tym opowiem może innym razem. Pewnego dnia, kiedy z przyczyn technicznych, zamknięto moją ulubioną stronę z animcami, zmuszona byłam do rozejrzenia się dalej.

Na pierwszej stronie, którą wynalazła mi wyszukiwarka, otworzyłam losowy serial. Angel Beats!. Skojarzyło mi się to z jakimś tanim chwytem filmowym, wiejącym nudą. Anioły- a może jeszcze wampiry (przepraszam, ale moje skojarzenie z melodramatem Edbelli było nieuniknione). Zaryzykowałam i postanowiłam mimo wszystko przetrwać cały odcinek, przynajmniej jeden.

Jednak troszkę się minęłam z prawdą....

Głównym bohaterem serii jest Yuzuru Otonashi, który budzi się bez wspomnień w zupełnie obcym dla niego świecie. Spotyka dziewczynę o imieniu Yuri, która od razu zaprasza go do  grupy szturmowej SSS (Shinda Sekai Sensen), co na polski można przetłumaczyć jako Oddział Odrzucający Śmierć, której jest dowódcą. Oddział zajmuje się głównie walką z dziewczyną nazywaną Tenshi (Anioł). Otonashi nie wierzy w jej słowa i próbuje porozmawać z Tenshi, ale spotkanie zdecydowanie nie poszło według planu- Tenshi bez ogróek dźga go mieczem,  co prawda, nie może umrzeć, ale odczuwa ból. Wtedy postanawia dołączyć do SSS i walczyć przeciwko Tenshi. Z czasem jednak okazuje się, że coś go ku niej przyciąga i oprócz walki próbuje ją zrozumieć, co zbliża go do poznania własnej przeszłości.

Można powiedzieć, że seria jest próbą przedstawienia jakże nurtującego od wieków pytania: co jest po śmierci? Nie jest to poważna rozprawa na ten temat, ale tylko jeden z aspektów poruszanych w serii. Bohaterowie budzą się w świecie, gdzie mogą prowadzić spokojne życie- chodzić do szkoły, uczyć się i pogodzić z tym, że znikną, a ich dusza powędruje, by stać się duszą innego organizmu żyjącego na Ziemi. Oddział SSS, a zwłaszcza Yuri, nie chce stać się dżdżownicą, więc walczy, ale tak naprawdę to chwilami miała wrażenie, że nie wiadomo z kim. A to co uatrakcyjnia całą serię to namiastki filozoficzne: Bóg jest/ Boga nie ma.


Mnie w serii ujęło, że jest to historia zbudowana na wartościach: przyjaźń, miłość, odwaga i poświęcenie. A jeszcze bardziej to, że pomimo ogromnego humoru sytuacyjnego, kilka odcinków przepłakałam jak bóbr…w sumie to nie dziwne, że wypłakałam całą paczkę chusteczek, za każdym razem, kiedy musiałam ale …. Ehh… dobra, zostawiam to. Fajnym chwytem było też zastosowanie elementów z gier komputerowych, bohaterzy przechodzili jak jakby levele w swoich misjach, a poza tym było kilka naprawdę super scen z bronią w ręku (Akcja! Akcja! Akcja!).

Tak czy siak, jeżeli potrzebujecie wyrwać się z tego świata i zająć myśli czymś twórczym to poczytajcie tego bloga, a jak nie chce wam się czytać, to obejrzyjcie dobre anime- Angel Beats! na pewno ujmie Wasze serca.


Buziaki :*

2013/02/03

Muzyki magia

Niedawno, a konkretnie wczoraj w nocy obejrzałam ostatni koncert legendarnej grupy Led Zeppelin. Pomimo tego, że jest to moja miłość od czasów gimnazjalnych, dopiero po 4 latach odważyłam się zobaczyć występ emerytowanych muzyków, nagrywających od czasu do czasu jakieś longplay'e z balladami. Całe szczęście, że "zasapani dziadkowie" nie zawiedli mnie.


Koncert był wspaniały. Robert Plant swoim profesjonalizmem powala na kolana. Niejeden jego równolatek, mógłby pozazdrościć mu takiej werwy w głosie. Jakby wyłączyć wizję, można by pomyśleć, że śpiewał tam jako 30 latek ;)



Należy tu też wspomnieć o "mózgu" całego zespołu, czyli Jimmy Page'u. Jego palce potrafią zdziałać cuda... mrrrr...zwłaszcza, kiedy ślizgają się po strunach gitary elektrycznej. To niesamowite, kiedy widzi się siwego dziadka, którego czupryna kiedyś "rozwalała system", w białej, nonszalancko rozpiętej koszuli z podwiniętymi rękawami, który włada sercami MŁODEJ PUBLICZNOŚCI (tu mnie publiczność zaskoczyła), doprowadzając ich do emocjonalnych uniesień, za pomocą 6 drutów...



To właśnie Jimmy był gwiazdą koncertu. Reszta zespołu, czyli szalona perkusja, bas i klawisze oraz przejmujący wokal dopełniali występ, tak, że wszystko było idealne. Moi ukochani dziadkowie po prostu roznieśli londyńską O2 Arenę i co ważne, z klasą zakończyli wspólny projekt grupy, co sprawi, że zostaną zapamiętani, jako geniusze brytyjskiej muzyki rockowej lat 70.



P.S. Można by porównać ich występ z ostatnim koncertem na 100, czy 105- leciu zespołu The Rolling Stones, którzy przy Zeppelinach wypadli po prostu blado.

Chociaż, jak na żyjące dinozaury, wypadli całkiem nieźle ;P

Buziaki :*

2013/02/01

Let's do this!

No dobra, to ja zacznę, bo nigdy nie zaczniemy ;P


Jest nas na tą chwilę trzy, ale pewnie z czasem się troszkę "rozmnożymy".

Plan jest taki: czujemy, wymyślamy drogę przekazu, piszemy, się dzielimy i się lepiej czujemy, będąc w ciągłym RUCHU. Czynności powtarzamy.


Będzie to przegląd wszystkiego, co młody dorosły dostrzega we współczesnym świecie, co jest dla niego ważne, oczywiste jest, że dla każdego co innego jest istotne, dlatego też nie będzie tego bloga tworzyła tylko jedna osoba, a kilka.



Każda z nas ma inne zainteresowania i obraca się w trochę innym towarzystwie, dlatego czasem może tu wyglądać jak na bazarku, ale co tam.... ;)


Zapraszam wszystkich "przez przypadek zaglądających" do obserwowania, bo będzie się działo.



Buziaki :*