Najbardziej zachwyciła mnie postać Dymitriego, syna
nieboszczki, w którą wcielił się Adrien Brody. Zawsze gdy pojawiał się na
ekranie, budził się we mnie dreszcz oczekiwania na jego działanie. I ten
wschodni wąs… Właściwie cały film napchany był akcją, był nieco zabiegany.
Pojawiały się schody- ktoś po nich zaraz biegł, pojawiał się długi korytarz- to
dlaczego nim nie uciekać, a pojawiała się broń- wszyscy zaczynają do siebie
strzelać. Bohaterowie nieźle się namęczyli zanim osiągnęli to do czego dążyli.
A co to było? Regulacje związane z otrzymaniem wielkiego spadku po Madame D.
Pierwotnym problemem okazała się pozornie drobna sprawa kradzieży przez
dziwacznego portiera Gustava H. bezcennego obrazu, a skończyło się na dużo
bardziej gabarytowych problemach, powiedzmy rozmiaru ogromnego europejskiego
hotelu w spadku, do którego można było dojechać samochodem lub kolejką górską.
Sam hotel był wspaniały, ociekał przepychem, sale były
zdobione złotem i kwiatami. W swoim wyposażeniu miał wszystko czego wymaga się od porządnego ośrodka wypoczynkowego w górach. Goście i pracownicy przerysowani- ale to dobrze, dopełniali surrealistyce całego filmu. Magicznie było, śmiesznie już mniej,
chociaż moi znajomi w kinie prawie umierali ze śmiechu. Nie znam dobrze dorobku
filmowego Wesa Andersona, ale w porównaniu z Moonrise Kingdom (o którym wcześniej pisała Cece- Moonrise Kingdom) wyszedł moim zdaniem słabiej. Pomimo to, bardzo
ciekawie zostały tu połączone wątki historyczne, z fabularnymi i oczywiście
wątkiem niewinnej miłości nastolatków (w Moonrise Kingdom była to miłość
bardziej dziecięca, ale równie niewinna i urocza).
Kolejną rzeczą, na którą zawsze zwracam uwagę jest muzyka,
która tutaj nawet kiedy jest cisza, to gra. Muzyka opowiadała tutaj połowę
filmu. Nie była tylko tłem- ona mówiła za bohaterów, a jednocześnie wcale nie
przeszkadzała ani przesadnie nie ingerowała w fabułę. Po prostu idealnie
dobrana. Bardzo spodobał mi się pomysł z motywem towarzystwa Skrzyżowanych
kluczy, czyli jakiejś formy zrzeszenia portierów, którzy wspierali się w
trudnych momentach i wyciągali siebie z opałów. Znowu mogłabym wrócić do swoich
ulubionych bohaterów i świetnych aktorów, ale bym musiał wymienić tu prawie
całą obsadę m.in. dogorywający ale dalej wspaniały Bill Murray (Między Słowami, Pogromcy Duchów), trochę
szczuplejszy w latach, ale równie genialny Ralph Fiennes (Angielski Pacjent, Harry Potter) w roli tytułowej,
Saoirse Ronan (Hanna) z mapą Meksyku na policzku, no i Tilda Swinton (Opowieści z Narni), której nie
poznałam w filmie (to przez tą szminkę na pewno), której rola była tak krótka,
ale jedną z ważniejszych w fabule. Podobno zakończenie powinno zmusić do
przemyśleń- o tym jak łatwo i w jaki głupi sposób można stracić życie i jaką
szarość może wnieść śmierć jednego człowieka w życie innych. Nie tylko w okresie Międzywojnia. Właściwie mogę się
z tym zgodzić, ale powiem to tylko Wam.
Na dziś dostaje ode mnie 7/10.
Nie lubię pisać tekstów w standardowej formie, więc i ta
notka sporządzona na gorąco zaraz po powrocie z kina, nie będzie odbiegała od
zwyczaju. Możliwe, że jest trochę chaotyczna i przepraszam za to, ale tak ma
być.
Buziaki :*:*
E-N











