Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wywiady. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wywiady. Pokaż wszystkie posty

2013/11/13

Texas Transformation

Artykuł z listopadowego wydania Out Smart Magazine: 



Typowany do nominacji do Oscara w kategorii aktor/muzyk za rolę w Dallas Buyers Club Jared Leto.

Nie Matthew McConaughey jest najgorętszym nazwiskiem nowego filmu Jeana-Marca Vallee, Dallas Buyers Club, a Jared Leto, który dostanie za tę rolę nominację do Oscara. Leto jako Rayon daje popis przełamujący bariery, wciela się w transseksualną kobietę z AIDS w dramacie opartym na faktach,rozgrywającym się w 1980 roku w Dallas.

Rayon i Ron w jednej z początkowych scen.
Aktor schudł do roli około 14-18 kilogramów, by przekonująco odegrać rolę Rayon, zmagającej się z  HIV i uzależnieniem od heroiny w ostatnich dniach jej życia. „Przestałem jeść” - mówi - „Dopiero po zakończeniu zdjęć znów zacząłem normalnie się odżywiać.” Stwierdza, że nie było to łatwe. Leto otwarcie przyznaje, że nie jest gejem i nie ma zbyt wiele wspólnego z homoseksualnymi środowiskami, w Rayon odnajduje jednak wiele cech, z którymi mógłby się utożsamić. „Odnajduje się uczucia takie jak pragnienie bycia kochanym”, mówi, „Uwielbiam jej urok, wdzięk i beztroskę. Prochy dawały jej spełnienie, pozwalały na bycie taką jaką chciała być. Uważam, że stopniowo odkrywała siebie, więc dawało to wiele radości by się zgłębić w jej osobowość.”

Jared sam przyznaje, że potrafił chodzić w charakteryzacji cały dzień. Tu, na spotkaniu z mamą.
W toku rozwoju akcji, Rayon zakłada biznes z trudnym, prostolinijnym Ron'em Woodroof'em (Matthew McConaughey). Woodroof - wulgarny, niestroniący od kieliszka, homofob z Dallas postanawia podjąć walkę z HIV, dokładnie w 1985, wtedy, gdy epidemia przybiera najbardziej na sile. Decyduje się na powrót do walki, kiedy lekarze dają mu ostatnie trzydzieści dni życia.
Wbrew słowom lekarzy wychodzi ze szpitala i udaje się na południe. W zaniedbanej klinice w Meksyku podejmuje „alternatywne” leczenie i odzyskuje zdrowie. Wkrótce z pomocą Rayon, Woodroof nielegalnie zaczyna importować masę różnych narkotyków i ziół leczniczych z całego świata, z których żadne nie jest dozwolone do użytku w Stanach. Woodroof „dealuje” nimi w pokoju hotelowym w Dallas i sprzedaje swój towar każdemu, kto ma pieniądze by zapłacić. Kiedy miejscowi homoseksualiści przekraczają jego próg, porzuca swoje wcześniejsze homofobowe podejście. Film bazuje na prawdziwej historii, a wzmianka o Woodroof'ie znalazła się nawet w 1992 roku w gazecie The Dallas Morning News„To niedoceniona historia”, mówi Leto. „Wspaniale, że to się kiedyś wydarzyło - na przestrzeni dwudziestu lat było w ciągłym rozwoju. To bardzo aktualny film - tak wiele tych walk nadal się toczy”.

Walka by zdobyć pozwolenie na rozprowadzanie ratujących życie prochów przybiera dramatyczny bieg zdarzeń, kiedy wkracza w sprawę Agencja Żywności i Leków. Ignorując fakt, że Woodroof ratował ludzkie życia, agencja próbuje go zwalczyć. Kiedy Woodroof walczy nie tylko o swoją klinikę, ale też o własne życie, Rayon zakochuje się w młodym chłopaku do towarzystwa (Bradford Cox).
We dwójkę, Rayon i jej nieznany z imienia chłopak schodzą na ścieżkę narkotykowych nadużyć. Kiedy zaczyna tracić kontrolę nad swoim ciałem, Rayon przybiera męski wygląd by odwiedzić swojego konserwatywnego ojca i prosi o pieniądze, które dałaby Woodroof'owi by mógł utrzymać klinikę. Ojciec patrzy na nią z odrazą. W momencie, kiedy Rayon wybucha płaczem, ojciec nazywa ją jej wdziwym imieniem, Raymond, a następnie daje jej pieniądze.

Leto w obiektywie Terrego Richardsona.
Przyprawiająca o mdłości scena przydaje emocji, a w pełni odegrana przez Leto rola faktycznie zasługuje na Oscara. Aktor mówił o tym, że dla niego ważne jest jak jego rola i cały film wpłynie na widzów. „Dobre byłoby większe zrozumienie”, mówi. „Trochę empatii”. Leto jest pewny, że film przyciągnie większą rzeszę widzów i nie tylko wygłosi kazanie by zmienić swoją postawę. „80-letnia starsza kobieta powiedziała, że film zmienił jej życie”, mówi Jared. „Film ma moc do zmienienia nas. Historie zmieniają nas”.

Metamorfoza Jareda Leto.

Dallas Buyers Club w kinach w USA od 1 listopada. W Polsce film na dużym ekranie można zobaczyć od 14 marca.

Autor: David-Elijah Nohmon z San Francisco. W jego dorobku znajdują się publikacje dla LGBT, Monster Magazines i The Times of Israel.
Skany z magazynu: klik, klik.
Za przetłumaczenie dziękuję Veronie.

Jeszcze kilka słów...
Film jak dotąd zdobył nagrodę specjalną na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w San Sebastian, ale sezon filmowy dopiero się zaczynie. Czuję, że może on dużo namieszać. 
Dallas Buyers Club zostanie wyświetlony w pokazie specjalnym na festiwalu Camerimage w Bydgoszczy, w niedzielę 17 listopada, więcej informacji na stronie. Mam okazję tam być, więc możecie liczyć na recenzję już niedługo.


Trzymajcie się.

Passionflooower

2013/04/16

Paramore: BEZ SCHEMATÓW

„Licealny dramat” – żartują dziś muzycy Paramore, mówiąc o burzliwych wydarzeniach sprzed trzech lat. Prawda wygląda tak, że grupa znalazła się wtedy na krawędzi rozpadu. Otrząsnęła się jednak i zmierza w nowym kierunku na płycie zatytułowanej po prostu Paramore.



Rozmowa z Taylorem Yorkiem


   Przypomnijmy: pod koniec 2010 roku współzałożyciele Paramore, bracia Josh i Zac Farro, oświadczyli że nie będą się dalej bawić z Hayley Williams. Przy okazji wyprali parę brudów z przeszłości. To było słabe – opowiada wokalistka z dzisiejszej perspektywy. Słabe, bo, bez wdawania się w szczegóły, wydawało nam się, że wydarzenia potoczą się inaczej. Spędziliśmy kilka trudnych miesięcy w trasie, wiedząc że nastąpią zmiany. I nagle przerodziło się to w dziwną internetową pyskówkę -  nie sądzę, by ktokolwiek z nas coś takiego przewidział. Naprawdę mnie to dotknęło, bo gdy taka rzecz ma miejsce, przechodzi się od  zmartwienia do złości, ze wszystkimi emocjami pomiędzy. Należę do osób, które potrafią żywić urazę, ale w końcu trzeba oddzielić to grubą kreską. I ruszyć dalej.
   Hayley od razu zapowiedziała kontynuowanie działalności z grającym w zespole od początku basistą Jeremym Davisem oraz Taylorem Yorkiem, który niedługo wcześniej awansował z gitarzysty koncertowego na stałego członka zespołu.  Perkusistą początkowo był sesyjny weteran Josh Freese, następnie Jason Pierce ( z nim grupa przyjechała w lipcu 2011 roku do Polski), a od ubiegłego roku bębnią Ilan Rubin (na płycie), który związany był z Nine Inch Nails i ostatnio powrócił do tej grupy, oraz Hyden Scott (na koncertach). Na żywo ekipę uzupełniają multiinstrumentalista Jon Howard oraz Justin York, na drugiej gitarze.
   Już w marcu 2011 roku grupa weszła do studia z zasłużonym dla punk rocka Robem Cavallo, zapowiadając że będzie z tego nowa płyta. Skończyło się na pojedynczych utworach.  Jako pierwszy ukazał się Monster, w październiku Rebegade, potem Hello Cold World, wreszcie In The Mourning w grudniu. Po wszystkim ukazał się box Singles Club, z płytami winylowymi zawierającymi wszystkie cztery piosenki.
   W kwietniu 2012 grupa ponownie weszła do studia, by zacząć rejestrować pomysły powstające od stycznia. Hayley zastrzegła jednak w internetowym wpisie na ten temat, że  proces twórczy nie dobiegł końca, że będzie kontynuowany w studiu i w ogóle, że płyta powstaje inaczej niż poprzednie, rejestrowane zaledwie w ciągu kilku tygodni. Nagrywanie podstawowych ścieżek w studiu Sunset Sound w Los Angeles dobiegło końca jesienią.
   Pięć utworów jakie udostępniono nam do posłuchania przed wywiadem, potwierdziło że mamy do czynienia z nową odsłoną zespołu. Singlowy Now najbliższy jest dawnego stylu. W pozostałych czuje się duży elektryzm. Cały album liczący 17 kawałków (włączając interludia, które mają opowiadać historię), zapowiedziano na 9 kwietnia. Będzie zatytułowany po prostu Paramore. Hayley: Nie wydawało się właściwe wymuszanie nazwy, gdy te piosenki uderzyły w nas niczym błyskawica. Chodziło o to, ze wymusilibyśmy powstania płyty. A próbowaliśmy… Mimo że proces twórczy był czasami wyczerpujący, gdy go wspominam, piosenki po prostu się pojawiały! Sprawdzały się i było to naturalne. Nazwaliśmy tę płytę, od tego, czym jest: to my. Mam nadzieję, ze to istotna wiadomość dla fanów.
   Pod koniec stycznia zespół udał się do Europy, by promować swoje dzieło. Połączyliśmy się z Berlinem, gdzie po drugiej stronie słuchawki czekał Taylor York.



Ogłosiliście nagrywanie nowego albumu już na początku 2011 roku. Do naszych uszu trafiło wtedy jednak tylko kilka piosenek. Dlaczego nie doszło do powstania większej całości?

Nie byliśmy wtedy gotowi. Potrzebowaliśmy przestrzeni, czasu dla siebie, by odpowiednio się do tego przygotować pod względem osobistym. Wypuściliśmy te trzy piosenki dla siebie – by udowodnić sobie, że możemy tworzyć jako trio – ale przede wszystkim dla naszych fanów. Żeby dać im znać, ze wciąż funkcjonujemy, że wciąż chcemy to robić.

Czy kiedykolwiek pojawił się moment prawdziwego zagrożenia, obawy, że zespół przestanie istnieć z powodu tych wszystkich napięć?

Z pewnością taka myśl przemknęła nam przez głowy. Ale nigdy nie czuliśmy, że nastąpi koniec. Nie mogliśmy zawiesić zespołu bo wciąż w niego wierzyliśmy, wciąż chcieliśmy się tym zajmować. Na pewno był to okres trwogi, ale się udało (śmiech).

Dobrze, że dziś się z tego śmiejesz – powiedziałeś nawet, że to całe zamieszanie było „licealnym dramatem”.

Niemniej było to trudne. Spędziliśmy ze sobą mnóstwo czasu,, ci ludzie byli nam bardzo drodzy ( chodzi oczywiście o braci Farro), było wiec niezwykle ciężko. Trzeba było to przetrwać. „Licealny dramat” – sam nie wiem… To coś, co nigdy nie przemija, a czasem z wiekiem nawet boli bardziej. Było w tym wiele biernej agresji. Ale wyzwalamy się z tego.

Można powiedzieć, że stanowisz teraz z Hayley trzon grupy? Mam na myśli sprawy kompozycyjne…

Wszyscy stanowimy trzon: ja, Hayley i Jeremy – cała nasza trójka. Ale pod względem kompozycji owszem, na tej płycie tak wyszło. Mam w domu małe studio. Kiedy odszedł Josh, zamknąłem się w nim i zacząłem komponować, mając nadzieję, że pomysły jej się spodobają. Na pewno wypracowaliśmy wspólny rytm jako partnerzy twórczy.




Czyli wróciliście do prapoczątków grupy, gdy spotkaliście się z Hayley, mając po kilkanaście lat…

Tak, poznałem Hayley, kiedy miałem dwanaście lat i wydawała mi się najfajniejszą osobą na świecie. Któregoś razu siedzieliśmy w jej domu po zajęciach i przez przypadek stworzyliśmy razem piosenkę. Nie nagraliśmy jej wtedy, ale potem powstał z tego utwór Oh Star, który trafił na stronę B pierwszej płyty Paramore (chodzi o japońskie wydanie płyty All We Know Is Falling, utwór był też bonusem singla Emergency). Można powiedzieć, że powstała wtedy wczesna odsłona Paramore – w każdym razie na pewno był to pierwszy przypadek naszej wspólnej pracy. Doszło do tego w całkiem naturalny sposób.  Trochę się obawiałem, bo nigdy wcześniej z nikim nie komponowałem… A teraz jest trochę podobnie. Znów jest naturalnie, jakby wróciły dawne czasy.

Znasz więc Hayley od małego, obserwowałeś jej dojrzewanie. Co oznaczają z twojego punktu widzenia jej słowa, gdy przed nagraniem najnowszej płyty oświadczyła, że stała się kobietą?

Myślę, że nie dotyczy to tylko jej. Wszyscy próbowaliśmy dorosnąć w środku bardzo nienormalnych okoliczności. Jeśli chodzi o nią, to wciąż stara się znaleźć  swój własny głos, odnaleźć siebie jako kobieta.  Wiesz, w młodym wieku jesteś podatny na wpływy, a ona… Nie, nie chcę odpowiadać za nią – mogę tylko powiedzieć, że odnajduje siebie, a to wpływa na muzykę. Każde nowe doświadczenie, każdy mijający dzień sprawia, że się zmieniasz.  Jeśli tworzysz sztukę uczciwie, znajdzie to w niej odzwierciedlenie. Od naszej  ostatniej płyty, sprzed trzech lat, bardzo się zmieniliśmy. Sztuka musi za tym nadążać.

Podobno przyniosłeś na początku gitarowe, ostre kompozycje, ale Hayley je odrzuciła. Wolała eksperymentować…

Faktem jest, że próbowaliśmy tworzyć utwory jak w przeszłości, bo tylko taki system pracy znaliśmy. Nie przyniosło to jednak satysfakcji, ja też nie byłem zadowolony, że działaliśmy jak wcześniej. Dotarliśmy do momentu, w którym nie chodziło może o eksperymenty, ale potrzebę zdefiniowania, gdzie znajdujemy się w obecnej chwili. OK, spróbowaliśmy pisać kawałki podobne do tych, które już była, ale… Musieliśmy znaleźć swój nowy głos. I wielokrotnie zaskakiwało mnie, jakie rzeczy pociągały Hayley. Rzeczy, o sympatię do których nigdy bym jej nie podejrzewał. To kolejny dowód, że dorośliśmy, ze jesteśmy gotowi ewoluować.

W porządku, ale skoro nie sprawdziła się dawna metoda pracy, to jak wygląda nowa?

(Śmiech) Nowej nie da się opisać. Jest dość przypadkowa. Wcześniej komponowałem cały utwór, wysyłałem go do niej, a ona dokładała tekst i głos. Wychodziły z tego kawałki w naszym starym stylu. Tym razem było zupełnie inaczej, bez schematów, bardzo naturalnie. W niektórych piosenkach ona najpierw przygotowywała linie wokalne, w innych ja przynosiłem jakieś partie, jeszcze gdzie indziej tworzyliśmy wspólnie. Nie było na tej płycie reguły. To nowa metoda: otworzyć się na obecną sytuację, zamiast wpisywać się w określoną strukturę.





Kontynuacją tego podejścia był chyba wybór producenta? Nie padło na kogoś oczywistego dla takiej muzyki, jak Rob Cavallo… Justin Meldal-Johnsen to facet od Becka.

Tak. Przed rozpoczęciem nagrań odbyliśmy spotkania z wieloma producentami, oczekiwaliśmy pracy z bardziej znaną osobą, ale patrząc wyłącznie na czyjąś dyskografię, bardzo wiele o danym człowieku nie wiesz. Gdy spotkaliśmy się z Justinem Meldal-Johnsenem, okazało się, że jest między nami świetna chemia, rozumieliśmy się wzajemnie, a on rozumiał, o co chodzi w piosenkach był nimi podekscytowany, pełen pasji. Miał w sobie energię, której potrzebowaliśmy. Każdy z producentów, z którymi się spotkaliśmy, prawdopodobnie nagrałby z nami świetną płytę.  Justin był jednak idealnym człowiekiem do tej roboty, po prostu czuliśmy, że tak jest. Nas samych trochę to zaskoczyło, ale to niesamowity producent, mieliśmy wielkie szczęście, że z nim pracowaliśmy.

Największą niespodzianką w utworach, jakie dotąd słyszałem, jest chór gospel w Ain’t It Fun.

Wpadła na to Hayley. Gdy tworzyliśmy ten kawałek, wyrażała swój smutek, smutno brzmiały melodie… Gdy dotarliśmy do mostka, zacząłem uderzać jeden akord i wtedy rzuciła pomysł chóru gospel. Bardzo się tym podekscytowaliśmy, były też jednak nerwy, bo nigdy czegoś takiego nie robiliśmy. Czy to nie taniocha? Czy nie będzie to głupie? Entuzjazm był jednak tak wielki, ze postanowiliśmy spróbować. Ostatecznie okazało się to naszym ulubionym fragmentem z całej sesji.

Skoro jesteśmy przy temacie gospel – czy aspekt religijny jest w waszej grupie istotny? Macie na przykład szczególną etykę w trasie, pozwalającą uniknąć rock’n’rollowych pokus…

Jasne, ale wiara jest bardzo indywidualną sprawą. Każdy z nas wyznaje ją po swojemu. Gdy jest ona dla ciebie fundamentem, nic nie poradzisz – wszystko jest przez nią filtrowane. Nie mówię, ze zawsze świadomie staramy się koncentrować na religii, ale ona jest częścią nas i nic z tym nie można zrobić. Jeśli naprawdę wierzysz, to w końcu wyjdzie – czy tego chcesz, czy nie. Nie jesteśmy konserwatywnymi chrześcijanami, ale mamy pewien kodeks moralny, którego staramy się trzymać. Każdemu zdarza się nabroić, każdy z naszej trójki inaczej na to patrzy, ale coś takiego zdecydowanie w zespole funkcjonuje. I bardziej niż o moralność chodzi o to, że staramy się godnie żyć, kochać ludzi… Jeśli wyznajesz taką postawę, reszta się ułoży.

Podczas waszego koncertu w Polsce widziałem, że przyszło wielu nastoletnich fanów. Czy oznacza to dla was szczególną odpowiedzialność?

 Myślę, że tak.  Myślę też jednak, że w przeszłości posunęliśmy się pod tym względem trochę zbyt daleko. Owszem, ciąży na tobie odpowiedzialność, musisz starać się, żeby jej sprostać, ale z drugiej strony dzieciaki muszą wiedzieć, że w porządku jest sytuacja, gdy nie jesteś perfekcyjny. Nie da się robić wszystkiego idealnie, można tylko do tego dążyć, być kochającą osobą… Czujemy coś takiego, ale bardzo łatwo jest przesadzić, sprawić by ta odpowiedzialność zaciążyła nad całym twoim życiem. To też nie jest dobre.

Pamiętasz coś z wizyty w Warszawie poza miejscem występu? Udało się zobaczyć miasto?

 Oh, cała ta trasa przebiegała w zawrotnym tempie… Ja nie zdołałem zobaczyć niczego poza okolica hotelu. Poszliśmy na kolację z ludźmi z naszej wytwórni, ale nie udało się zwiedzić miasta. Może następnym razem bo wydawało się naprawdę fajne.

Wracając do muzyki – w  nowych utworach pojawia się wiele elementów charakterystycznych dla popu lat 80. Co was w tym pociąga? Bo przecież nie nostalgia, nie słuchaliście tego na bieżąco…

Szczerze mówiąc taka muzyka zawsze się nam podobała. Zawsze podobała nam się elektronika, ejtisowy synth pop i new wave. Chodzi o to, że po raz pierwszy poczuliśmy swobodę, by zagłębić się w takie dźwięki. Znamy się na tyle, by wiedzieć, że jakaś zmiana była potrzebna, a to przecież świat Justina Meldal-Johnsena. Nagrał nową płytę grupy M83, bardzo syntetyczną… Pojawił się w naszym życiu w idealnym momencie. My zdecydowaliśmy, że chcemy eksplorować takie dźwięki, a on wiedział jak nam to ułatwić.

Pierwszy singiel z nowej płyty, Now, utrzymany był w starym stylu. Trochę zmyłka jeśli chodzi o obraz całości.

Tak, ale jakikolwiek utwór ujawnilibyśmy jako pierwszy, byłby zmyłką. Cała płyta jest bardzo elektryczna – przynajmniej naszym zdaniem. Zastanawialiśmy się nad tym podczas wyboru pierwszego singla, ale stawiając na Now, daliśmy ludziom znać, ze nawet jeśli trochę się zmieniamy, wciąż jesteśmy zespołem rockowym. Wciąż będziemy grali pełne energii koncerty i wciąż mamy w sobie tę pasję. Piosenka zdecydowanie nie odzwierciedla zawartości płyty, ale to dobrze.

Czy tekst tego kawałka opowiada o sytuacji w zespole czy ogólnej, społecznej? Bo brzmi jak hymn amerykańskiej młodzieży w czasach kryzysu: jeśli jest przyszłość, chcemy jej teraz.

Nie dotyczy to sytuacji ekonomicznej, ale częściowo dotyczy zespołu, tego że jedziemy dalej. W sumie chodzi o wiarę w coś, zanim się to zobaczy. Wiesz, że przed tobą coś jest i próbujesz po to sięgnąć, chcesz tego natychmiast. Byliśmy w stanie wymagającym zmiany, ruszenia do przodu… Ale można te słowa przyłożyć do czegokolwiek. Być może niektóre osoby w Ameryce odnajdą w tym sens dotyczący kryzysu ekonomicznego. Chodziło jednak o naszą sytuację.

rozmawiał:
Bartek Koziczyński

Polecam wam szczególnie drugi singiel z płyty, Still Into You



Polecaliśmy Wam w zeszłym tygodniu nową płytę Paramore, więc tu mamy małą kontynuację tematu. Pewnie niedługo któraś z nas, podzieli się z Wami wrażeniami po przesłuchaniu tej płyty. Sama mam okazję zobaczyć ich na zbliżającym się Impact Fest, 5 czerwca, więc możecie spodziewać się wkrótce relacji (jeśli mamy tu fanów, zaglądajcie!).

Do usłyszenia i provehito in altum!

Mary 



* Źródło: wywiad pochodzi z kwietniowego "Teraz Rock", nr. 4, 2013.

2013/02/14

Archive - W ciągłym napięciu



Wywiad z Archive, który postanowiła tu zamieścić w związku, że ścieżką dźwiekową do filmu Sęp, która niesamowicie mi się spodobała. Kapela udostępniła na potzreby produkcji kilka numerów.


Wywiad z grupą Archive dla „Teraz Rocka” ( nr 10/116 październik 2012)

Po Archive można spodziewać się wszystkiego,  z wyjątkiem tego, że będzie  się powtarzać. Nowy album, With Us Until You’re Dead, wyznacza początek kolejnego etapu ewolucji grupy.






Rozmowa z Dannym Griffithsem


PIOSENKI MIŁOSNE

Czy tytuł waszej nowej płyty, Z nami aż do śmierci, to bardziej obietnica czy groźba?

(śmiech) Tytuł zaczerpnęliśmy z jednej z piosenek Dave’a Pena, trochę go modyfikując. Gdy przerzucaliśmy się propozycjami tytułu, Dave zaproponował właśnie ten. Na nowej płycie są piosenki miłosne, wśród nich jest utwór Conflict, w którym padają słowa Conflict is a part of us with us until we’re dead. Chodzi o to, że konflikty są częścią naszej natury i towarzyszą nam do śmierci. Taki jest sens tych słów i pomyśleliśmy, że pasuje do całej płyty.

Nowe teksty są osobiste, w przeciwieństwie do tekstów z Controlling Crowds, które dotykały kwestii społecznych.

Na płytach Controlling Crowds i Controlling Crowds- Part IV powiedzieliśmy wszystko, co mieliśmy do przekazania na ten temat, a reakcja odbiorców potwierdziła,  że wykonaliśmy nasze zadanie. Zdarzało się, że tu i ówdzie umieściliśmy na naszym albumie jakiś miłosny utwór, ale stwierdziliśmy, że pora nagrać całą taką płytę. Każdy w zespole się przyłączył i powstało 28 piosenek, z którymi mogliśmy się identyfikować na płaszczyźnie osobistej. Nie są to utwory oparte wyłącznie na obserwacji jak w przypadku Controlling Crowds.

Niektóre utwory są mroczne, ale nie są jednak tak depresyjne jak te z You All Look The Same To Me i Noise, które także były osobiste.

Podczas nagrywania  You All Look The Same To Me ja i Darius (Keeler- obok Danny’ego drugi założycie Archive) przechodziliśmy przez trudny okres, nasze związki się rozpadły. Przy With Us Until You’re Dead nikt z nas nie miał trudnych doświadczeń, panował szczęśliwy nastrój. Nigdy nie będziemy pisali przyjemnych, wesołych piosenek, ale w tej chwili jesteśmy szczęśliwi. Ponad to każdy przyłączył się do komponowania. You All Look The Same To Me stworzyłem głównie z Dariusem. Tym razem przyłączyli się też Dave pen, Pollard Berrier, Maria Q i Holly Martin, dzięki temu ta płyta jest bardziej kolorowa. You All Look The Same To Me to moja ulubiona płyta, ale panuje na niej określony nastrój, podczas gdy With Us Until You’re Dead przepełnione jest różnymi uczuciami, jest bardziej dynamiczny, doskonale spaja piękno tekstów i muzyki.

Utwory Stick Me In My Heart i Conflict, tworzą całość, brzmią jak mini rock opera.

Zgadzam się. Gdy zaczęliśmy komponować na nowy album, najpierw stworzyliśmy cztery Utwory z płyty ( Wiped Out, Interlace, Stick Me In My Heart, Conflict- przyp. Rf). Nie mieliśmy wtedy jeszcze tekstów, ale wiedzieliśmy, że te kompozycje doskonale do siebie pasują i że będą otwierały płytę. One były naszą inspiracją do pozostałych.


DOJRZEWAMY I EKSPERYMENTUJEMY

Podoba mi się orkiestrowe zakończenie Conflict…

To sprawka Dariusa (śmiech). Zakończenie jest cholernie potężne. Nie będzie go łatwo odwzorować na żywo.

No właśnie, nowa płyta ma dużo elektronicznych i orkiestrowych brzmień. Jak zamierzacie sobie z nimi poradzić na koncertach?

Pracujemy z Dariusem nad tym aby ogarnąć orkiestrę, sample i perkusję. Na nowej płycie mamy dużo szalonych ścieżek automatu perkusyjnego, ale mamy też akustyczne bębny i orkiestrę. To będzie najtrudniejsze do odtworzenia na żywo.  Nie wszystko da się przenieść na scenę, ale będziemy starali się jak najwierniej odwzorować nasze utwory.  Mam nadzieję, że mi i Dariusowi uda się oddać brzmienie smyczków na koncertach. Ostatnio całe dnie spędzam na nauce swoich partii. To nie jest prosta sprawa jak ma się tak potężne aranżacje. Zresztą w Archive to norma- tyle dzieje się w utworach. Jeśli uda nam się dać parę koncertów z orkiestrą, to będzie cudownie, ale na normalnej trasie będziemy musieli poradzić sobie sami.

Słuchając po kolei albumów Archive można dojść do wniosku, że brzmienie With Us Until You’re Dead jest naturalną ewolucją waszych artystycznych ambicji.

Zgadzam się. cały czas dojrzewamy eksperymentujemy. Przypominają mi się obrazki przedstawiające ewolucję szympansa. Tak samo jest z naszymi płytami - każda kolejna ewoluuje z poprzedniej. Bez stawiania sobie tego typu wyzwań, Archive by się powtarzał.

Z drugiej strony coraz bardziej oddalacie się od brzmienia płyt nagranych z Craigiem Walkerem, a przynajmniej w Polsce to dzięki nim staliście się znani.

Myślę, że jest w tym duża zasługa utworu Again, który stał się wielkim hitem w Polsce i zapoczątkował wiele niesamowitych dla nas rzeczy. Cały ten okres był dla nas wspaniały, skomponowaliśmy świetną muzykę. Wszystko się rozbiło o inne zapatrywania na naszą przyszłość. Archive jako zespół z liderem nie zdaje egzaminu. Już nagrywając Londinium, mieliśmy z Dariusem wizję kolektywu do którego ludzie przychodzą i  z którego ludzie odchodzą, nie dając szansy na rozwój ego. Muzycy, którzy mają wielkie ego stają się liderami zespołów, ich centralnymi postaciami, a to kłóciło się z naszą wizją. Gdy ludzie odchodza i przychodzą trzyma to nas w ciągłym napiećiu i taka forma jak do tej pory się sprawdza. Zawsze powtarza, że w Archive najwazniejsza jest muzyka.


Holly Martin, źródło: Official Archive Fan Facebook Page


ZASTRZYK ENERGII

Opowiedz o Holly Martin – 21-letniej wokalistce, która zadebiutowała na nowej płyciee w utworach Violently i Hatchet. W jaki sposób stała się częścią Archive?

Rozmawialiśmy z Dariusem o tym, że przydałby nam się kolejny żeński głos w zespole, bo mamy dużo piosenek miłosnych. Postanowiliśmy się rozejrzeć i natrafiliśmy na pewnego faceta z branży wydawniczej. Znaliśmy go jeszcze z czasów kiedy sami zaczynaliśmy, ale nie dawno odnowiliśmy kontakt. To on zaprezentował nam kilka nagrań Holly, z którą wtedy pracował, i Dariusowi spodobał się jej głos. Jej muzyka nie zmierzała w żadnym konkretnym kierunku, dano jej różnych autorów piosenek, różnych producentów, a ona jako młoda osoba próbowała wszystkiegp, chciała sprawdzić w czym bezdie się czuła najlepiej. Zaprosiliśmy ja do mnie by posłuchała, nad czym pracujemy, i była zachwycona.  Zagralismy jej Violently i powiedzieliśmy, że może do utworu zaśpiewać, co chce. To bardzo ja zainspiurowało. Potem rozmawialismy. Wsólna praca przebiegał bardzo sprawnie. Dobrze pracowało nam się we trójkę: ja, Darius i Holly. Nagralismy cztery piosenki – dwie trafiły na album,ale pozostałe dwie też są kompletnie powalające. Stała się częścia Archive w bardzo naturalny sposób. Nie może doczekać się koncertów.. miło jest mieć w zespole taki zastrzyk energii. Oczywiście Holly ma prawo decydowac o swojej karierze: może będzie chciała nagrać solowy album, a może będzie chciała nadal z nami pracować. Każdy w zespole może odejść w każdej chwili. Ale na szczęście wszyscy zdają się być zadowoleni z tego, że są częścią Archive. Po tylu latach jesteśmy szczęśliwą, choć dziwną rodziną.

                                                                                                       Źródło: Official Archive Fan Facebook Page


Głos Holly jest dość mroczny, ale ma w sobie coś z soulu, zwłaszcza pod koniec Violently.

Tak, to jedna z najlepszych piosenkarek jakie słyszałem w ostatnich latach. Końcowa część utworu jest niezwykle piękna. Jeszcze nie widziałem Holly na żywo, widziałem tylko filmy na YouTube. Próby zaczynamy dopiero w tym tygodniu.

Rosko John nie wziął udziału w nagraniech nowej płyty, ale z tego, co wiem wciąż jest częścią Archive.

Tak. Po prostu nie potrafiłem sobie wyobrazić połączenia piosenek miłosnych z hip hopem. Dla mnie to się nie sprawdza. Jestem weielkim fanem hip hopu, dorastałem słuchając hip hopu, i była to moja pierwsza muzyczna miłość, ale  rapowany śpiew nie pasowałby do tych kompozycji. Rosko oczywiście wciąż należy do Archive, ale ten czas poświęcił na nagrywanie własnej płyty, z tego co dane mi było usłyszeć, zapowiada się świetnie.
Czy dołaczy do was na terasę, by zaśpiewać w starszych utworach?
Nie na tej trasie, ale w przyszłości oczywiście tak. Teraz nie damy rady już nikogo zmieścić w naszym autokarze, a i tak mamy dużo piosenek, nawet bez Rosko. Może uda mu się dołączyć na jakiś pojedyńczy koncert, ale niestety nie na całą trasę.


W ZANADRZU

Skoro podczas pracy nad nową płytą skomponowaliscie 28 piosenek, zcy możemy spodziewać się wkrótce jej kontynuacji, tak jak miało to miejsce w przypadku Controlling Crowds?

W przypadku Controlling Crowds sytuacja była trochę inna: wtedy zostały nam 4 utwory, które domykały temat na płycie, ale się na nią nie zmieściły. Dlatego postanowiliśmy dopisać resztę i tak powstał album Controlling Crowds – Part IV. Tym razem mamy w zanadrzu dużo muzyki, ale postanowiliśmy wybrać te utwory, które pasowałyby do płyty z piosenkami miłosnymi. Nastepnemu albumowi nie będzie pzrewodził żaden temat. To będą po prostu nie powiązane ze sobą, piękne utwory. Wiekszosć z nich już napisaliśmy. Nie mam pojęcia kiedy się ukaże, ale zamierzamy w okolicach lutego dokończyć pracę. Zawsze podczas pracy nad płyta myślimy już o nastepnej.

Archive zawsze cieszył się duzą popularnością w Polsce, Grecji czy Francji, ale wasza rodzinna Anglia raczej obojętnie podchodzi do waszej muzyki. Nową płytę wydajecie także w Wielkiej Brytani. Czy wiążecie z tym jakieś duże nadzieje?

To pierwszy album, który wydajemy w Angli chyba od 10 lat. Nawet You All Look The Same To Me wydaliśmy na Wyspach sami, bez wsparcia wytwórni. Póki co, odzew na With Us Until You’re Dead jest znakomity. Trzy anjwieksze czasopisma „Mojo”, „Q” i „Uncut”, napisały pozytywne recenzje. Na zakończenie trasy w grudniu, zamierzamy dac koncert w Londynie.  Tym razem postaramy się coś zdziałać na tym terenie. Wcześniej nasze płyty wydawał francuski oddział Warnera, który dbał o promocję w kontynentalnej części Europy, ale nie docierał do Anglii. Teraz nasza wytwórnia mieści się w Londynie i koncentruje się na całej Europie,a  także na Japoni, Australii i Ameryce. Nastarja nas to optymistycznie i cieszymy się z tego, jak sprawy się mają. Jesteśmy bardzo ciekawi, jak ludzie odbiorą naszą muzykę w tych miejscach.

Rozmawiał: ROBERT FILIPOWSKI


Archive, Violently


Dla mnie mała duża rewelacja, a głos Holly - naprawdę zachwyca.


Archive, Hatchet