Artykuł z listopadowego wydania Out Smart Magazine:
Typowany do nominacji do Oscara w kategorii aktor/muzyk za rolę w Dallas
Buyers Club Jared Leto. Nie Matthew McConaughey jest najgorętszym nazwiskiem nowego filmu Jeana-Marca Vallee, Dallas Buyers Club, a Jared Leto, który dostanie za tę rolę nominację do Oscara. Leto jako Rayon daje popis przełamujący bariery, wciela się w transseksualną kobietę z AIDS w dramacie opartym na faktach,rozgrywającym się w 1980 roku w Dallas.
Rayon i Ron w jednej z początkowych scen.
Aktor schudł do roli około 14-18 kilogramów, by przekonująco odegrać rolę Rayon, zmagającej się z HIV i uzależnieniem od heroiny w ostatnich dniach jej życia. „Przestałem jeść” - mówi - „Dopiero po zakończeniu zdjęć znów zacząłem normalnie się odżywiać.” Stwierdza, że nie było to łatwe. Leto otwarcie przyznaje, że nie jest gejem i nie ma zbyt wiele wspólnego z homoseksualnymi środowiskami, w Rayon odnajduje jednak wiele cech, z którymi mógłby się utożsamić. „Odnajduje się uczucia takie jak pragnienie bycia kochanym”, mówi, „Uwielbiam jej urok, wdzięk i beztroskę. Prochy dawały jej spełnienie, pozwalały na bycie taką jaką chciała być. Uważam, że stopniowo odkrywała siebie, więc dawało to wiele radości by się zgłębić w jej osobowość.”
Jared sam przyznaje, że potrafił chodzić w charakteryzacji cały dzień. Tu, na spotkaniu z mamą.
W toku rozwoju akcji, Rayon zakłada biznes z trudnym, prostolinijnym Ron'em Woodroof'em (Matthew McConaughey). Woodroof - wulgarny, niestroniący od kieliszka, homofob z Dallas postanawia podjąć walkę z HIV, dokładnie w 1985, wtedy, gdy epidemia przybiera najbardziej na sile. Decyduje się na powrót do walki, kiedy lekarze dają mu ostatnie trzydzieści dni życia. Wbrew słowom lekarzy wychodzi ze szpitala i udaje się na południe. W zaniedbanej klinice w Meksyku podejmuje „alternatywne” leczenie i odzyskuje zdrowie. Wkrótce z pomocą Rayon, Woodroof nielegalnie zaczyna importować masę różnych narkotyków i ziół leczniczych z całego świata, z których żadne nie jest dozwolone do użytku w Stanach. Woodroof „dealuje” nimi w pokoju hotelowym w Dallas i sprzedaje swój towar każdemu, kto ma pieniądze by zapłacić. Kiedy miejscowi homoseksualiści przekraczają jego próg, porzuca swoje wcześniejsze homofobowe podejście. Film bazuje na prawdziwej historii, a wzmianka o Woodroof'ie znalazła się nawet w 1992 roku w gazecie The Dallas Morning News. „To niedoceniona historia”, mówi Leto. „Wspaniale, że to się kiedyś wydarzyło - na przestrzeni dwudziestu lat było w ciągłym rozwoju. To bardzo aktualny film - tak wiele tych walk nadal się toczy”.
Walka by zdobyć pozwolenie na rozprowadzanie ratujących życie prochów przybiera dramatyczny bieg zdarzeń, kiedy wkracza w sprawę Agencja Żywności i Leków. Ignorując fakt, że Woodroof ratował ludzkie życia, agencja próbuje go zwalczyć. Kiedy Woodroof walczy nie tylko o swoją klinikę, ale też o własne życie, Rayon zakochuje się w młodym chłopaku do towarzystwa (Bradford Cox). We dwójkę, Rayon i jej nieznany z imienia chłopak schodzą na ścieżkę narkotykowych nadużyć. Kiedy zaczyna tracić kontrolę nad swoim ciałem, Rayon przybiera męski wygląd by odwiedzić swojego konserwatywnego ojca i prosi o pieniądze, które dałaby Woodroof'owi by mógł utrzymać klinikę. Ojciec patrzy na nią z odrazą. W momencie, kiedy Rayon wybucha płaczem, ojciec nazywa ją jej wdziwym imieniem, Raymond, a następnie daje jej pieniądze.
Leto w obiektywie Terrego Richardsona.
Przyprawiająca o mdłości scena przydaje emocji, a w pełni odegrana przez Leto rola faktycznie zasługuje na Oscara. Aktor mówił o tym, że dla niego ważne jest jak jego rola i cały film wpłynie na widzów. „Dobre byłoby większe zrozumienie”, mówi. „Trochę empatii”. Leto jest pewny, że film przyciągnie większą rzeszę widzów i nie tylko wygłosi kazanie by zmienić swoją postawę. „80-letnia starsza kobieta powiedziała, że film zmienił jej życie”, mówi Jared. „Film ma moc do zmienienia nas. Historie zmieniają nas”.
Metamorfoza Jareda Leto.
Dallas Buyers Club w kinach w USA od 1 listopada. W Polsce film na dużym ekranie można zobaczyć od 14 marca. Autor: David-Elijah Nohmon z San Francisco. W jego dorobku znajdują się publikacje dla LGBT, Monster Magazines i The Times of Israel.
Za przetłumaczenie dziękuję Veronie. Jeszcze kilka słów... Film jak dotąd zdobył nagrodę specjalną na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w San Sebastian, ale sezon filmowy dopiero się zaczynie. Czuję, że może on dużo namieszać. Dallas Buyers Club zostanie wyświetlony w pokazie specjalnym na festiwalu Camerimage w Bydgoszczy, w niedzielę 17 listopada, więcej informacji na stronie. Mam okazję tam być, więc możecie liczyć na recenzję już niedługo.
„Licealny dramat” – żartują dziś
muzycy Paramore, mówiąc o burzliwych wydarzeniach sprzed trzech lat. Prawda
wygląda tak, że grupa znalazła się wtedy na krawędzi rozpadu. Otrząsnęła się
jednak i zmierza w nowym kierunku na płycie zatytułowanej po prostu Paramore.
Rozmowa z Taylorem Yorkiem
Przypomnijmy: pod koniec 2010
roku współzałożyciele Paramore, bracia Josh i Zac Farro, oświadczyli że nie
będą się dalej bawić z Hayley Williams. Przy okazji wyprali parę brudów z
przeszłości. To było słabe – opowiada
wokalistka z dzisiejszej perspektywy. Słabe,
bo, bez wdawania się w szczegóły, wydawało nam się, że wydarzenia potoczą się
inaczej. Spędziliśmy kilka trudnych miesięcy w trasie, wiedząc że nastąpią
zmiany. I nagle przerodziło się to w dziwną internetową pyskówkę - nie sądzę, by ktokolwiek z nas coś takiego
przewidział. Naprawdę mnie to dotknęło, bo gdy taka rzecz ma miejsce, przechodzi
się od zmartwienia do złości, ze
wszystkimi emocjami pomiędzy. Należę do osób, które potrafią żywić urazę, ale w
końcu trzeba oddzielić to grubą kreską. I ruszyć dalej.
Hayley od razu zapowiedziała
kontynuowanie działalności z grającym w zespole od początku basistą Jeremym
Davisem oraz Taylorem Yorkiem, który niedługo wcześniej awansował z gitarzysty
koncertowego na stałego członka zespołu.
Perkusistą początkowo był sesyjny weteran Josh Freese, następnie Jason
Pierce ( z nim grupa przyjechała w lipcu 2011 roku do Polski), a od ubiegłego
roku bębnią Ilan Rubin (na płycie), który związany był z Nine Inch Nails i
ostatnio powrócił do tej grupy, oraz Hyden Scott (na koncertach). Na żywo ekipę
uzupełniają multiinstrumentalista Jon Howard oraz Justin York, na drugiej
gitarze.
Już w marcu 2011 roku grupa
weszła do studia z zasłużonym dla punk rocka Robem Cavallo, zapowiadając że
będzie z tego nowa płyta. Skończyło się na pojedynczych utworach. Jako pierwszy ukazał się Monster, w październiku Rebegade,
potem Hello Cold World, wreszcie In The Mourning w grudniu. Po wszystkim
ukazał się box Singles Club, z
płytami winylowymi zawierającymi wszystkie cztery piosenki.
W kwietniu 2012 grupa ponownie
weszła do studia, by zacząć rejestrować pomysły powstające od stycznia. Hayley zastrzegła
jednak w internetowym wpisie na ten temat, że proces twórczy nie dobiegł końca, że będzie
kontynuowany w studiu i w ogóle, że płyta powstaje inaczej niż poprzednie,
rejestrowane zaledwie w ciągu kilku tygodni. Nagrywanie podstawowych ścieżek w
studiu Sunset Sound w Los Angeles dobiegło końca jesienią.
Pięć utworów jakie udostępniono
nam do posłuchania przed wywiadem, potwierdziło że mamy do czynienia z nową
odsłoną zespołu. Singlowy Now
najbliższy jest dawnego stylu. W pozostałych czuje się duży elektryzm. Cały
album liczący 17 kawałków (włączając interludia, które mają opowiadać
historię), zapowiedziano na 9 kwietnia. Będzie zatytułowany po prostu Paramore. Hayley: Nie wydawało się właściwe wymuszanie nazwy, gdy te piosenki uderzyły w
nas niczym błyskawica. Chodziło o to, ze wymusilibyśmy powstania płyty. A próbowaliśmy…
Mimo że proces twórczy był czasami wyczerpujący, gdy go wspominam, piosenki po
prostu się pojawiały! Sprawdzały się i było to naturalne. Nazwaliśmy tę płytę,
od tego, czym jest: to my. Mam nadzieję, ze to istotna wiadomość dla fanów.
Pod koniec stycznia zespół udał się
do Europy, by promować swoje dzieło. Połączyliśmy się z Berlinem, gdzie po
drugiej stronie słuchawki czekał Taylor York.
Ogłosiliście nagrywanie nowego albumu już na początku 2011 roku. Do
naszych uszu trafiło wtedy jednak tylko kilka piosenek. Dlaczego nie doszło do
powstania większej całości?
Nie byliśmy wtedy gotowi.
Potrzebowaliśmy przestrzeni, czasu dla siebie, by odpowiednio się do tego
przygotować pod względem osobistym. Wypuściliśmy te trzy piosenki dla siebie –
by udowodnić sobie, że możemy tworzyć jako trio – ale przede wszystkim dla
naszych fanów. Żeby dać im znać, ze wciąż funkcjonujemy, że wciąż chcemy to
robić.
Czy kiedykolwiek pojawił się moment prawdziwego zagrożenia, obawy, że
zespół przestanie istnieć z powodu tych wszystkich napięć?
Z pewnością taka myśl przemknęła
nam przez głowy. Ale nigdy nie czuliśmy, że nastąpi koniec. Nie mogliśmy
zawiesić zespołu bo wciąż w niego wierzyliśmy, wciąż chcieliśmy się tym
zajmować. Na pewno był to okres trwogi, ale się udało (śmiech).
Dobrze, że dziś się z tego śmiejesz – powiedziałeś nawet, że to całe
zamieszanie było „licealnym dramatem”.
Niemniej było to trudne.
Spędziliśmy ze sobą mnóstwo czasu,, ci ludzie byli nam bardzo drodzy ( chodzi
oczywiście o braci Farro), było wiec niezwykle ciężko. Trzeba było to
przetrwać. „Licealny dramat” – sam nie wiem… To coś, co nigdy nie przemija, a
czasem z wiekiem nawet boli bardziej. Było w tym wiele biernej agresji. Ale
wyzwalamy się z tego.
Można powiedzieć, że stanowisz teraz z Hayley trzon grupy? Mam na myśli
sprawy kompozycyjne…
Wszyscy stanowimy trzon: ja,
Hayley i Jeremy – cała nasza trójka. Ale pod względem kompozycji owszem, na tej
płycie tak wyszło. Mam w domu małe studio. Kiedy odszedł Josh, zamknąłem się w
nim i zacząłem komponować, mając nadzieję, że pomysły jej się spodobają. Na
pewno wypracowaliśmy wspólny rytm jako partnerzy twórczy.
Czyli wróciliście do prapoczątków grupy, gdy spotkaliście się z Hayley,
mając po kilkanaście lat…
Tak, poznałem Hayley, kiedy
miałem dwanaście lat i wydawała mi się najfajniejszą osobą na świecie. Któregoś
razu siedzieliśmy w jej domu po zajęciach i przez przypadek stworzyliśmy razem
piosenkę. Nie nagraliśmy jej wtedy, ale potem powstał z tego utwór Oh Star, który trafił na stronę B
pierwszej płyty Paramore (chodzi o japońskie wydanie płyty All We Know Is Falling, utwór był też bonusem singla Emergency). Można powiedzieć, że
powstała wtedy wczesna odsłona Paramore – w każdym razie na pewno był to
pierwszy przypadek naszej wspólnej pracy. Doszło do tego w całkiem naturalny
sposób. Trochę się obawiałem, bo nigdy
wcześniej z nikim nie komponowałem… A teraz jest trochę podobnie. Znów jest
naturalnie, jakby wróciły dawne czasy.
Znasz więc Hayley od małego, obserwowałeś jej dojrzewanie. Co oznaczają
z twojego punktu widzenia jej słowa, gdy przed nagraniem najnowszej płyty
oświadczyła, że stała się kobietą?
Myślę, że nie dotyczy to tylko
jej. Wszyscy próbowaliśmy dorosnąć w środku bardzo nienormalnych okoliczności.
Jeśli chodzi o nią, to wciąż stara się znaleźć
swój własny głos, odnaleźć siebie jako kobieta. Wiesz, w młodym wieku jesteś podatny na
wpływy, a ona… Nie, nie chcę odpowiadać za nią – mogę tylko powiedzieć, że
odnajduje siebie, a to wpływa na muzykę. Każde nowe doświadczenie, każdy
mijający dzień sprawia, że się zmieniasz.
Jeśli tworzysz sztukę uczciwie, znajdzie to w niej odzwierciedlenie. Od
naszej ostatniej płyty, sprzed trzech
lat, bardzo się zmieniliśmy. Sztuka musi za tym nadążać.
Podobno przyniosłeś na początku gitarowe, ostre kompozycje, ale Hayley
je odrzuciła. Wolała eksperymentować…
Faktem jest, że próbowaliśmy
tworzyć utwory jak w przeszłości, bo tylko taki system pracy znaliśmy. Nie
przyniosło to jednak satysfakcji, ja też nie byłem zadowolony, że działaliśmy
jak wcześniej. Dotarliśmy do momentu, w którym nie chodziło może o
eksperymenty, ale potrzebę zdefiniowania, gdzie znajdujemy się w obecnej
chwili. OK, spróbowaliśmy pisać kawałki podobne do tych, które już była, ale…
Musieliśmy znaleźć swój nowy głos. I wielokrotnie zaskakiwało mnie, jakie
rzeczy pociągały Hayley. Rzeczy, o sympatię do których nigdy bym jej nie
podejrzewał. To kolejny dowód, że dorośliśmy, ze jesteśmy gotowi ewoluować.
W porządku, ale skoro nie sprawdziła się dawna metoda pracy, to jak
wygląda nowa?
(Śmiech) Nowej nie da się opisać.
Jest dość przypadkowa. Wcześniej komponowałem cały utwór, wysyłałem go do niej,
a ona dokładała tekst i głos. Wychodziły z tego kawałki w naszym starym stylu. Tym
razem było zupełnie inaczej, bez schematów, bardzo naturalnie. W niektórych
piosenkach ona najpierw przygotowywała linie wokalne, w innych ja przynosiłem
jakieś partie, jeszcze gdzie indziej tworzyliśmy wspólnie. Nie było na tej
płycie reguły. To nowa metoda: otworzyć się na obecną sytuację, zamiast
wpisywać się w określoną strukturę.
Kontynuacją tego podejścia był chyba wybór producenta? Nie padło na
kogoś oczywistego dla takiej muzyki, jak Rob Cavallo… Justin Meldal-Johnsen to
facet od Becka.
Tak. Przed rozpoczęciem nagrań
odbyliśmy spotkania z wieloma producentami, oczekiwaliśmy pracy z bardziej
znaną osobą, ale patrząc wyłącznie na czyjąś dyskografię, bardzo wiele o danym
człowieku nie wiesz. Gdy spotkaliśmy się z Justinem Meldal-Johnsenem, okazało się,
że jest między nami świetna chemia, rozumieliśmy się wzajemnie, a on rozumiał,
o co chodzi w piosenkach był nimi podekscytowany, pełen pasji. Miał w sobie
energię, której potrzebowaliśmy. Każdy z producentów, z którymi się spotkaliśmy,
prawdopodobnie nagrałby z nami świetną płytę.
Justin był jednak idealnym człowiekiem do tej roboty, po prostu
czuliśmy, że tak jest. Nas samych trochę to zaskoczyło, ale to niesamowity
producent, mieliśmy wielkie szczęście, że z nim pracowaliśmy.
Największą niespodzianką w utworach, jakie dotąd słyszałem, jest chór
gospel w Ain’t It Fun.
Wpadła na to Hayley. Gdy tworzyliśmy
ten kawałek, wyrażała swój smutek, smutno brzmiały melodie… Gdy dotarliśmy do
mostka, zacząłem uderzać jeden akord i wtedy rzuciła pomysł chóru gospel. Bardzo
się tym podekscytowaliśmy, były też jednak nerwy, bo nigdy czegoś takiego nie
robiliśmy. Czy to nie taniocha? Czy nie będzie to głupie? Entuzjazm był jednak
tak wielki, ze postanowiliśmy spróbować. Ostatecznie okazało się to naszym
ulubionym fragmentem z całej sesji.
Skoro jesteśmy przy temacie gospel – czy aspekt religijny jest w waszej
grupie istotny? Macie na przykład szczególną etykę w trasie, pozwalającą
uniknąć rock’n’rollowych pokus…
Jasne, ale wiara jest bardzo
indywidualną sprawą. Każdy z nas wyznaje ją po swojemu. Gdy jest ona dla ciebie
fundamentem, nic nie poradzisz – wszystko jest przez nią filtrowane. Nie mówię,
ze zawsze świadomie staramy się koncentrować na religii, ale ona jest częścią
nas i nic z tym nie można zrobić. Jeśli naprawdę wierzysz, to w końcu wyjdzie –
czy tego chcesz, czy nie. Nie jesteśmy konserwatywnymi chrześcijanami, ale mamy
pewien kodeks moralny, którego staramy się trzymać. Każdemu zdarza się nabroić,
każdy z naszej trójki inaczej na to patrzy, ale coś takiego zdecydowanie w
zespole funkcjonuje. I bardziej niż o moralność chodzi o to, że staramy się
godnie żyć, kochać ludzi… Jeśli wyznajesz taką postawę, reszta się ułoży.
Podczas waszego koncertu w Polsce widziałem, że przyszło wielu
nastoletnich fanów. Czy oznacza to dla was szczególną odpowiedzialność?
Myślę, że tak.
Myślę też jednak, że w przeszłości posunęliśmy się pod tym względem
trochę zbyt daleko. Owszem, ciąży na tobie odpowiedzialność, musisz starać się,
żeby jej sprostać, ale z drugiej strony dzieciaki muszą wiedzieć, że w porządku
jest sytuacja, gdy nie jesteś perfekcyjny. Nie da się robić wszystkiego
idealnie, można tylko do tego dążyć, być kochającą osobą… Czujemy coś takiego,
ale bardzo łatwo jest przesadzić, sprawić by ta odpowiedzialność zaciążyła nad
całym twoim życiem. To też nie jest dobre.
Pamiętasz coś z wizyty w Warszawie poza miejscem występu? Udało się
zobaczyć miasto?
Oh, cała ta trasa przebiegała w zawrotnym
tempie… Ja nie zdołałem zobaczyć niczego poza okolica hotelu. Poszliśmy na
kolację z ludźmi z naszej wytwórni, ale nie udało się zwiedzić miasta. Może następnym
razem bo wydawało się naprawdę fajne.
Wracając do muzyki – w nowych
utworach pojawia się wiele elementów charakterystycznych dla popu lat 80. Co was
w tym pociąga? Bo przecież nie nostalgia, nie słuchaliście tego na bieżąco…
Szczerze mówiąc taka muzyka
zawsze się nam podobała. Zawsze podobała nam się elektronika, ejtisowy synth
pop i new wave. Chodzi o to, że po raz pierwszy poczuliśmy swobodę, by zagłębić
się w takie dźwięki. Znamy się na tyle, by wiedzieć, że jakaś zmiana była
potrzebna, a to przecież świat Justina Meldal-Johnsena. Nagrał nową płytę grupy
M83, bardzo syntetyczną… Pojawił się w naszym życiu w idealnym momencie. My zdecydowaliśmy,
że chcemy eksplorować takie dźwięki, a on wiedział jak nam to ułatwić.
Pierwszy singiel z nowej płyty, Now,
utrzymany był w starym stylu. Trochę zmyłka jeśli chodzi o obraz całości.
Tak, ale jakikolwiek utwór
ujawnilibyśmy jako pierwszy, byłby zmyłką. Cała płyta jest bardzo elektryczna –
przynajmniej naszym zdaniem. Zastanawialiśmy się nad tym podczas wyboru
pierwszego singla, ale stawiając na Now, daliśmy
ludziom znać, ze nawet jeśli trochę się zmieniamy, wciąż jesteśmy zespołem
rockowym. Wciąż będziemy grali pełne energii koncerty i wciąż mamy w sobie tę
pasję. Piosenka zdecydowanie nie odzwierciedla zawartości płyty, ale to dobrze.
Czy tekst tego kawałka opowiada o sytuacji w zespole czy ogólnej,
społecznej? Bo brzmi jak hymn amerykańskiej młodzieży w czasach kryzysu: jeśli jest przyszłość, chcemy jej teraz.
Nie dotyczy to sytuacji
ekonomicznej, ale częściowo dotyczy zespołu, tego że jedziemy dalej. W sumie
chodzi o wiarę w coś, zanim się to zobaczy. Wiesz, że przed tobą coś jest i
próbujesz po to sięgnąć, chcesz tego natychmiast. Byliśmy w stanie wymagającym
zmiany, ruszenia do przodu… Ale można te słowa przyłożyć do czegokolwiek. Być może
niektóre osoby w Ameryce odnajdą w tym sens dotyczący kryzysu ekonomicznego. Chodziło
jednak o naszą sytuację.
rozmawiał:
Bartek Koziczyński
Polecam wam szczególnie drugi singiel z płyty, Still Into You
Polecaliśmy Wam w zeszłym tygodniu nową płytę Paramore, więc tu mamy małą kontynuację tematu. Pewnie niedługo któraś z nas, podzieli się z Wami wrażeniami po przesłuchaniu tej płyty. Sama mam okazję zobaczyć ich na zbliżającym się Impact Fest, 5 czerwca, więc możecie spodziewać się wkrótce relacji (jeśli mamy tu fanów, zaglądajcie!).
Do usłyszenia i provehito in altum!
Mary
* Źródło: wywiad pochodzi z kwietniowego "Teraz Rock", nr. 4, 2013.
Wywiad z Archive, który postanowiła tu zamieścić w związku, że ścieżką dźwiekową do filmu Sęp, która niesamowicie mi się spodobała. Kapela udostępniła na potzreby produkcji kilka numerów.
Wywiad
z grupą Archive dla „Teraz Rocka” ( nr 10/116 październik 2012)
Po Archive można
spodziewać się wszystkiego, z wyjątkiem
tego, że będzie się powtarzać. Nowy
album, With Us Until You’re Dead, wyznacza
początek kolejnego etapu ewolucji grupy.
Rozmowa z Dannym
Griffithsem
PIOSENKI MIŁOSNE
Czy
tytuł waszej nowej płyty, Z nami aż do
śmierci, to bardziej obietnica czy groźba?
(śmiech) Tytuł
zaczerpnęliśmy z jednej z piosenek Dave’a Pena, trochę go modyfikując. Gdy
przerzucaliśmy się propozycjami tytułu, Dave zaproponował właśnie ten. Na nowej
płycie są piosenki miłosne, wśród nich jest utwór Conflict, w którym padają słowa Conflict
is a part of us with us until we’re dead. Chodzi o to, że konflikty są
częścią naszej natury i towarzyszą nam do śmierci. Taki jest sens tych słów i
pomyśleliśmy, że pasuje do całej płyty.
Nowe
teksty są osobiste, w przeciwieństwie do tekstów z Controlling Crowds, które dotykały kwestii społecznych.
Na płytach Controlling Crowds i Controlling Crowds-
Part IV powiedzieliśmy wszystko, co mieliśmy do przekazania na ten temat, a
reakcja odbiorców potwierdziła, że
wykonaliśmy nasze zadanie. Zdarzało się, że tu i ówdzie umieściliśmy na naszym
albumie jakiś miłosny utwór, ale stwierdziliśmy, że pora nagrać całą taką
płytę. Każdy w zespole się przyłączył i powstało 28 piosenek, z którymi
mogliśmy się identyfikować na płaszczyźnie osobistej. Nie są to utwory oparte
wyłącznie na obserwacji jak w przypadku Controlling
Crowds.
Niektóre
utwory są mroczne, ale nie są jednak tak depresyjne jak te z You All Look The Same To Me i Noise, które
także były osobiste.
Podczas nagrywania You All
Look The Same To Me ja i Darius (Keeler- obok Danny’ego drugi założycie
Archive) przechodziliśmy przez trudny okres, nasze związki się rozpadły. Przy With Us Until You’re Dead nikt z nas nie
miał trudnych doświadczeń, panował szczęśliwy nastrój. Nigdy nie będziemy
pisali przyjemnych, wesołych piosenek, ale w tej chwili jesteśmy szczęśliwi.
Ponad to każdy przyłączył się do komponowania. You All Look The Same To Me stworzyłem głównie z Dariusem. Tym
razem przyłączyli się też Dave pen, Pollard Berrier, Maria Q i Holly Martin,
dzięki temu ta płyta jest bardziej kolorowa. You All Look The Same To Me to moja ulubiona płyta, ale panuje na
niej określony nastrój, podczas gdy With
Us Until You’re Dead przepełnione jest różnymi uczuciami, jest bardziej
dynamiczny, doskonale spaja piękno tekstów i muzyki.
Utwory Stick Me In My Heart i Conflict, tworzą całość,
brzmią
jak mini rock opera.
Zgadzam
się. Gdy
zaczęliśmy komponować na nowy album, najpierw stworzyliśmy cztery Utwory z
płyty ( Wiped Out, Interlace, Stick Me In
My Heart, Conflict- przyp. Rf). Nie mieliśmy wtedy jeszcze tekstów, ale
wiedzieliśmy, że te kompozycje doskonale do siebie pasują i że będą otwierały
płytę. One były naszą inspiracją do pozostałych.
DOJRZEWAMY I
EKSPERYMENTUJEMY
Podoba
mi się orkiestrowe zakończenie Conflict…
To sprawka Dariusa
(śmiech). Zakończenie jest cholernie potężne. Nie będzie go łatwo odwzorować na
żywo.
No
właśnie, nowa płyta ma dużo elektronicznych i orkiestrowych brzmień. Jak zamierzacie
sobie z nimi poradzić na koncertach?
Pracujemy z Dariusem
nad tym aby ogarnąć orkiestrę, sample i perkusję. Na nowej płycie mamy dużo
szalonych ścieżek automatu perkusyjnego, ale mamy też akustyczne bębny i
orkiestrę. To będzie najtrudniejsze do odtworzenia na żywo. Nie wszystko da się przenieść na scenę, ale
będziemy starali się jak najwierniej odwzorować nasze utwory. Mam nadzieję, że mi i Dariusowi uda się oddać
brzmienie smyczków na koncertach. Ostatnio całe dnie spędzam na nauce swoich partii.
To nie jest prosta sprawa jak ma się tak potężne aranżacje. Zresztą w Archive
to norma- tyle dzieje się w utworach. Jeśli uda nam się dać parę koncertów z
orkiestrą, to będzie cudownie, ale na normalnej trasie będziemy musieli
poradzić sobie sami.
Słuchając
po kolei albumów Archive można dojść do wniosku, że brzmienie With Us Until You’re Dead jest
naturalną ewolucją waszych artystycznych ambicji.
Zgadzam się. cały czas
dojrzewamy eksperymentujemy. Przypominają mi się obrazki przedstawiające
ewolucję szympansa. Tak samo jest z naszymi płytami - każda kolejna ewoluuje z
poprzedniej. Bez stawiania sobie tego typu wyzwań, Archive by się powtarzał.
Z drugiej strony coraz bardziej oddalacie się od brzmienia
płyt nagranych z Craigiem Walkerem, a przynajmniej w Polsce to dzięki nim
staliście się znani.
Myślę,
że jest w tym duża zasługa utworu Again, który
stał się wielkim hitem w Polsce i zapoczątkował wiele niesamowitych dla nas
rzeczy. Cały ten okres był dla nas wspaniały, skomponowaliśmy świetną muzykę.
Wszystko się rozbiło o inne zapatrywania na naszą przyszłość. Archive jako
zespół z liderem nie zdaje egzaminu. Już nagrywając Londinium, mieliśmy z Dariusem wizję kolektywu do którego ludzie
przychodzą i z którego ludzie odchodzą,
nie dając szansy na rozwój ego. Muzycy, którzy mają wielkie ego stają się
liderami zespołów, ich centralnymi postaciami, a to kłóciło się z naszą wizją.
Gdy ludzie odchodza i przychodzą trzyma to nas w ciągłym napiećiu i taka forma
jak do tej pory się sprawdza. Zawsze powtarza, że w Archive najwazniejsza jest
muzyka.
Holly Martin, źródło: Official Archive Fan Facebook Page
ZASTRZYK
ENERGII
Opowiedz o Holly Martin – 21-letniej wokalistce, która
zadebiutowała na nowej płyciee w utworach Violently
i Hatchet. W jaki sposób stała się częścią Archive?
Rozmawialiśmy
z Dariusem o tym, że przydałby nam się kolejny żeński głos w zespole, bo mamy
dużo piosenek miłosnych. Postanowiliśmy się rozejrzeć i natrafiliśmy na pewnego
faceta z branży wydawniczej. Znaliśmy go jeszcze z czasów kiedy sami
zaczynaliśmy, ale nie dawno odnowiliśmy kontakt. To on zaprezentował nam kilka
nagrań Holly, z którą wtedy pracował, i Dariusowi spodobał się jej głos. Jej muzyka
nie zmierzała w żadnym konkretnym kierunku, dano jej różnych autorów piosenek,
różnych producentów, a ona jako młoda osoba próbowała wszystkiegp, chciała
sprawdzić w czym bezdie się czuła najlepiej. Zaprosiliśmy ja do mnie by
posłuchała, nad czym pracujemy, i była zachwycona. Zagralismy jej Violently i powiedzieliśmy, że może do utworu zaśpiewać, co chce. To
bardzo ja zainspiurowało. Potem rozmawialismy. Wsólna praca przebiegał bardzo sprawnie.
Dobrze pracowało nam się we trójkę: ja, Darius i Holly. Nagralismy cztery
piosenki – dwie trafiły na album,ale pozostałe dwie też są kompletnie powalające.
Stała się częścia Archive w bardzo naturalny sposób. Nie może doczekać się
koncertów.. miło jest mieć w zespole taki zastrzyk energii. Oczywiście Holly ma
prawo decydowac o swojej karierze: może będzie chciała nagrać solowy album, a
może będzie chciała nadal z nami pracować. Każdy w zespole może odejść w każdej
chwili. Ale na szczęście wszyscy zdają się być zadowoleni z tego, że są częścią
Archive. Po tylu latach jesteśmy szczęśliwą, choć dziwną rodziną.
Źródło: Official Archive Fan Facebook Page
Głos Holly jest dość mroczny, ale ma w sobie coś z soulu,
zwłaszcza pod koniec Violently.
Tak,
to jedna z najlepszych piosenkarek jakie słyszałem w ostatnich latach. Końcowa część
utworu jest niezwykle piękna. Jeszcze nie widziałem Holly na żywo, widziałem
tylko filmy na YouTube. Próby zaczynamy dopiero w tym tygodniu.
Rosko John nie wziął udziału w nagraniech nowej płyty, ale z
tego, co wiem wciąż jest częścią Archive.
Tak.
Po prostu nie potrafiłem sobie wyobrazić połączenia piosenek miłosnych z hip
hopem. Dla mnie to się nie sprawdza. Jestem weielkim fanem hip hopu, dorastałem
słuchając hip hopu, i była to moja pierwsza muzyczna miłość, ale rapowany śpiew nie pasowałby do tych
kompozycji. Rosko oczywiście wciąż należy do Archive, ale ten czas poświęcił na
nagrywanie własnej płyty, z tego co dane mi było usłyszeć, zapowiada się świetnie.
Czy dołaczy
do was na terasę, by zaśpiewać w starszych utworach?
Nie na
tej trasie, ale w przyszłości oczywiście tak. Teraz nie damy rady już nikogo
zmieścić w naszym autokarze, a i tak mamy dużo piosenek, nawet bez Rosko. Może uda
mu się dołączyć na jakiś pojedyńczy koncert, ale niestety nie na całą trasę.
W
ZANADRZU
Skoro podczas pracy nad nową płytą skomponowaliscie 28 piosenek,
zcy możemy spodziewać się wkrótce jej kontynuacji, tak jak miało to miejsce w
przypadku Controlling Crowds?
W
przypadku Controlling Crowds sytuacja
była trochę inna: wtedy zostały nam 4 utwory, które domykały temat na płycie,
ale się na nią nie zmieściły. Dlatego postanowiliśmy dopisać resztę i tak
powstał album Controlling Crowds – Part IV.
Tym razem mamy w zanadrzu dużo muzyki, ale postanowiliśmy wybrać te utwory,
które pasowałyby do płyty z piosenkami miłosnymi. Nastepnemu albumowi nie będzie
pzrewodził żaden temat. To będą po prostu nie powiązane ze sobą, piękne utwory.
Wiekszosć z nich już napisaliśmy. Nie mam pojęcia kiedy się ukaże, ale
zamierzamy w okolicach lutego dokończyć pracę. Zawsze podczas pracy nad płyta
myślimy już o nastepnej.
Archive zawsze cieszył się duzą popularnością w Polsce,
Grecji czy Francji, ale wasza rodzinna Anglia raczej obojętnie podchodzi do
waszej muzyki. Nową płytę wydajecie także w Wielkiej Brytani. Czy wiążecie z
tym jakieś duże nadzieje?
To
pierwszy album, który wydajemy w Angli chyba od 10 lat. Nawet You All Look The Same To Me wydaliśmy na
Wyspach sami, bez wsparcia wytwórni. Póki co, odzew na With Us Until You’re Dead jest znakomity. Trzy anjwieksze
czasopisma „Mojo”, „Q” i „Uncut”, napisały pozytywne recenzje. Na zakończenie
trasy w grudniu, zamierzamy dac koncert w Londynie. Tym razem postaramy się coś zdziałać na tym
terenie. Wcześniej nasze płyty wydawał francuski oddział Warnera, który dbał o
promocję w kontynentalnej części Europy, ale nie docierał do Anglii. Teraz nasza
wytwórnia mieści się w Londynie i koncentruje się na całej Europie,a także na Japoni, Australii i Ameryce. Nastarja
nas to optymistycznie i cieszymy się z tego, jak sprawy się mają. Jesteśmy bardzo
ciekawi, jak ludzie odbiorą naszą muzykę w tych miejscach.
Rozmawiał: ROBERT FILIPOWSKI
Archive, Violently
Dla mnie mała duża rewelacja, a głos Holly - naprawdę zachwyca.