Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kino gejowskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kino gejowskie. Pokaż wszystkie posty

2014/03/04

House of Boys



Dziś będzie o filmie, który chciałam zobaczyć od trzech lat, od czasu, gdy do mojej ściany z artykułami dołączyłam krótką recenzję wyciętą z „Metra”, która mimo że niezbyt pozytywna, nie pozwalała mi przejść obojętnie wobec tego tytułu. Teraz, po obejrzeniu „Domu chłopców” wiem, że muszę napisać kilka słów, przemyśleń o obrazie, który poruszył mnie w istotny sposób. Tego właśnie oczekuję od kina - by mówiło językiem żywym poprzez emocje odczuwalne na skórze. Najgorsze co może być dla filmu, to zastać odebranym przez widza nijako, nie wzbudzić żadnych mocnych emocji, nie dać do myślenia. W dobie przedoscarowej gorączki zalewającej kina, warto więc rzucić okiem wstecz, w ramach odpoczynku. Może będzie to akurat film Jeana-Claude’a Schlima? Zdecydujcie sami.

Mamy lata 80., a reżyser zabiera nas do wiecznie żywego Amsterdamu, który oglądamy oczami nastoletniego Franka - uciekiniera z domu. I o ile założymy, że o tym właśnie będzie historia, o tyle znajdziemy się w błędzie. Film Schlima oprócz pięknej, kolorowej, pociągającej i ekscentrycznej otoczki, która otwiera drzwi do dzielnicy czerwonych latarni, nocnego życia tętniącego w rytm hałaśliwej muzyki, świata wyzwolonych homoseksualistów, spontanicznego seksu i narkotyków święcących największe triumfy, traktuje przede wszystkim o walce z AIDS, a na tle zagubienia i samotności doświadczamy potęgi czystej, szczerej miłości. Jak wypada ten miszmasz? Dla mnie intrygująco. Z momentem przekroczenia przez Franka (Layke Anderson) progu tytułowego „Domu chłopców”, reżyser otwiera przed nami zupełnie inny, barwny, a jednocześnie niebezpieczny świat dowodzony przez zdyscyplinowaną burdelmamę - pana Madame (Udo Kier). Choć czerwony przybytek pełni rolę domu publicznego i nocnego klubu z efektownym męskim striptizem, to bohaterowie odnajdują tu też wręcz akademicką atmosferę, która sprzyja zawiązywaniu przyjaźni, miłości czy przelotnych romansów. Ale to oczywiście w czasie wolnym. W pracy przybierają maski striptizerów, stylizują się na drag queen lub są po prostu do wszelkich usług wpływowej klienteli klubu (ale to już dzieje się poza kadrem). Dopiero w zaciszu domu poznajemy ich bliżej, stajemy ramię w ramię z ich marzeniami, problemami i chorobami, a reżyser po raz kolejny czaruje nas różnorodnością osobowości od punka z krwi i kości, przez desperacko broniącego się heteroseksualistę, aż po transseksualistę odkładającego na zmianę płci. I mimo zarzutów, z którymi nie do końca się zgadzam: „efekciarski, pozbawiony szczerości kina gejowskiego, marionetkowe postacie” - „Dom chłopców” porusza i wciąga.

Najważniejszą relacją, którą oglądamy i w którą wciąga nas reżyser jest romans Franka z pozoru heteroseksualnym Jakem (Benn Northover), rozwijający się dalej na ekranie w głębokie i czyste uczucie. I może zabrzmi to trochę jak bajka, ale wszystko zaczyna się od jednego spojrzenia na pochłoniętego snem Jake’a i od razu wiemy, że to jest to. Frank wpada po uszy, a najgorsze jest to, że trudno mu się kryć ze swoim pożądaniem wobec współlokatora, który zaparcie broni się przed homoseksualizmem, lecz im bardziej to podkreśla, tym widoczniejszym staje się to kłamstwem. W końcu rewia burdel-bar to nie miejsce dla heteryka, ale dla zagubionego chłopca - owszem. Co zbliża ludzi do siebie bardziej niż złamane serce? Reżyser nie pozostawia wątpliwości, że zasada „zabić klin klinem”, wciąż się sprawdza. Jednak w przypadku bohaterów owocuje czymś więcej. Scena pierwszego zbliżenia Franka i Jake’a choć mało efektowna i spokojna, ale piękna, jest z pewnością jednym z ważniejszych momentów filmu, odkrywającym uczucia i prawdę o Jake’u. Słowa transseksualisty Angelo chyba najlepiej oddają jej przekaz: „Wy nie uprawialiście seksu, wy się kochaliście”.  Niestety w świecie, do którego zabiera nas Schlim nie ma miejsca na uszczęśliwiające wszystkich zakończenie. Realizm podcina skrzydła wolnym ptakom, a tajemniczy „rak gejów” przywieziony ze Stanów do Europy zaczyna zbierać pierwsze plony. W momencie, gdy Jake dowiaduje się, że ma AIDS, a jego świat wali się - pan Madame nie może pozwolić, by jego klub kojarzono z zarazą, najjaśniejszym punktem jego życia okazuje się być kochający go bezgranicznie Frank.

I tu chcę odnieść się do zarzutu, że „Domu chłopców” brakuje szczerości w najważniejszych momentach. Jak można bez zwątpienia stać u boku śmiertelnie chorej osoby? - zdają się pytać krytycy. Reżyser filmu udowadnia, że to możliwe. Czy nie powstała więc aby przerysowana historia rodem z Harlekina? Nie. Wydaje mi się, że Schlim w pewnym momencie zamyka swoich bohaterów w bańce mydlanej, dając im namiastkę intymności i szczęścia, na które każdy z nas zasługuje, by potem pozwolić ją przebić, bez łez rozczarowania. Gdy mamy czas, nie potrzebujemy go wcale, lecz jak na ironię, gdy jest nam wyliczony, obsesyjnie o nim myślimy, mówi reżyser ustami swoich bohaterów. Frank i Jake wykorzystują każdą minutę, jaką odmierza pożerający zabójca i to wzrusza. Niezachwianie w trwaniu przy Jake’u, troska, strach, poświecenie  - to wszystko wydaje mi się naturalnie wynikające z miłości szczególnie, że Frank obserwując niknącego w oczach ukochanego, nie oszukuje się - akceptuje bolesną prawdę i to czyni go wystarczająco silnym, by dotrzymać danej Jake’owi obietnicy. Film zadedykowany jest zmarłemu w wieku dwudziestu ośmiu lat Frankiemu, o czym reżyser informuje na samym początku, a wraz z napisami końcowymi pojawiają się też zdjęcia pierwszych celebrytów pokonanych przez AIDS. Od początku do dziś ta plaga pochłonęła dwadzieścia pięć milionów ofiar, co jest przerażające. Drugie tyle, bo aż ponad trzydzieści pięć milionów jest zarażonych wirusem HIV. Nie chcę nawet myśleć ilu osób nie objęła ta statystyka, a świadomość brutalnej prawdy sprawia, że „Dom chłopców” oddziałuje na mnie podwójnie przejmująco i wykrada łzy, których się nie wstydzę.

Film światową premierę miał w 2009 roku, a w Polsce doczekał się jej dopiero w 2011. W tym samym roku obraz został wyróżniony nagrodami krytyków i widzów podczas Inside Out LGBT Film and Video Festival w Toronto, gdzie doceniono przekaz, dotyczący walki z AIDS. „Dom chłopców” otrzymał również statuetkę dla najlepszego projektu na luksemburskiej gali Letzebuerger Filmprais.

Jak mogę Was jeszcze zachęcić do obejrzenia tego obrazu? „Dom chłopców” w swojej ekstrawagancji, ale i lekkości opowiada przede wszystkim życiową historię, ale nie jedną z tych, o których zaraz zapomnimy. Dzieje się tak dlatego, że AIDS to problem, który może spotkać każdego bez wyjątku na preferencje. Poza tym rodząca się w tle miłość sprawia, że odzyskuję wiarę w istnienie potęgi uczuć. Może to brzmi ckliwie, ale tak już czuję.

Bye. Passionfloower. 



2013/12/10

Płynące wieżowce


W czym leży fenomenalność niektórych filmów? To, że mimo upływu lat z chęcią się do nich wraca? Według mnie są trzy takie chwyty. Charyzmatyczny, intrygujący bohater, oryginalna, nietuzinkowa historia lub po prostu niekonwencjonalny, kompletnie nowatorski sposób odgrzania tego, co stare. W momencie, gdy filmowemu twórcy uda się połączyć razem te elementy, powstaje dzieło rewelacyjne, uniwersalne, ponadczasowe - klasyk. A co z obrazami mniej ambitnymi, których fala nas zalewa? One zazwyczaj posiadają tylko jeden element, który gwarantuje im popularność. Będąc niedawno w kinie na najnowszym filmie Tomasza Wasilewskiego, próbowałam odnaleźć ten chwyt i zrozumieć dlaczego krytycy i ludzie kina zachwycają się Płynącymi Wieżowcami. Ja nie potrafię, być może dlatego, że film za bardzo przywodzi mi na myśl niemiecką Siłę Przyciągania, która w zestawieniu z polską produkcją, moim zdaniem wygrywa. Nie lubię kopi, a takie właśnie miałam cały czas wrażenie, oglądając ten film.

Nie wiem, co się zmieniło: czy stałam się bardziej wysublimowanym widzem „filmów gejowskich” i oczekuję czegoś więcej, niż  mdłego romansu, czy dopadła mnie znieczulica, bo nie potrafię zauważyć tych „kipiących emocji” (cytując „Polskę The Times”), a może po prostu nie zrozumiałam tego filmu? Historia mnie nie uwiodła, aktorzy nie przekonali, a montaż nie zaciekawił. W pewnym momencie nawet, po raz pierwszy od bardzo długiego czasu, chciałam by film się wreszcie skończył. Historia Kuby, Sylwii i Michała, którą przedstawia nam reżyser, ma sprawiać pozory wyjątkowej, jednak we współczesnej rzeczywistości taka nie jest, a w nasze ręce trafia coraz więcej podobnych filmów z tego nurtu. Mamy parę zakochanych w sobie ludzi (przynajmniej na początku tak nam się wydaje), która wiąże ze sobą wspólną przyszłość. Sylwia kocha Kubę, jednak czy on czuje to samo? Niekoniecznie. Sielankę przerywa pojawienie się Michała oraz wątpliwości, które dopadają Kubę. Znów mamy kwestię szczęścia człowieka i odnalezienia siebie w otaczającym świecie. Na dodatek Wasilewski dorzuca do tego dziecko, kwestię odpowiedzialności Kuby, presje rodzinną i przemoc, ofiarą której pada Michał. Jak wypada całość? Tak jak wspomniałam, da się świetnie odgrzać temat powielany tysiąc razy, więc tym bardziej stosunkowo świeżą historię. Jednak reżyser nie wkłada wysiłku by wyróżnić czymś swój film, a tworzy z niego niemalże polską wersję filmu Lacanta.


Teraz kilka podobieństw Płynących Wieżowców do Siły Przyciągania. Przede wszystkim jest to historia - młoda para, w życiu której pojawia się nagle ktoś trzeci. Główny bohater z tego, co pokazuje nam kamera jest heteroseksualny, a momentami wstydzi się tego, że mogłoby być inaczej (scena bójki z chuliganem). Natura i popęd jednak okazują się być silniejsze. Idąc dalej widzimy jego rozdarcie emocjonalne, reakcję dziewczyny, gdy domyśla się prawdy i nie może uwierzyć. Kolejnym podobieństwem są relacje bohatera z matką, z  którą mieszka i jej nastawienie do całej sprawy. Tak jak w Sile Przyciągania, rodzice usiłują wmówić bohaterowi nienormalność, w ogóle go nie rozumiejąc. By mieć chwilę spokoju, Kuba trenuje, biega (podobnie robił Mark). Gdy sytuacja jest napięta, całość pogarsza dodatkowo wiadomość o ciąży Sylwii (w Sile Przyciągania mamy ten motyw na samy początku). Koniec końców, zawsze jest ten sam dylemat: zachować się jak mężczyzna, wziąć pełną odpowiedzialność za swoje czyny i zrezygnować ze szczęścia? Decyzja wcale nie należy do najłatwiejszych i czas poświęcony na jej podjęcie zawsze skutkuje stratą. W przypadku obu filmów zachowanie bohatera sprawia, że traci to, o co był gotowy walczyć, a bliskie mu osoby stają się ofiarami przemocy na tle nietolerancji. Ale czy to oznacza, że się podda? O ile w Płynących Wieżowcach  mogłoby się wydawać, że bohater od początku filmu zatoczył koło i wrócił na to samo miejsce, o tyle w drugim filmie reżyser dokładnie nam tego nie zdradza, choć też widać kolistość w losach bohatera. Suma summarum obaj przechodzą wewnętrzną przemianę i dokonują wyboru.

Już nie chodzi tylko o fabułę, która moim zdaniem leży, tu nawet aktorzy wypadają przeciętnie i słabo. Obsadzenie Mateusza Banasiuka (Kuba) i Bartosza Gelnera (Michał) w głównych rolach nie było dobrym pomysłem. Nie czuje się chemii na ekranie, to chyba największy zarzut. Postacie stworzone przez nich nie przekonują, a sceny, które powinny wyzwalać większe emocje - nie robią tego. Mam wrażenie, że to głupi flirt, a nie miłość. Poczucie fałszu na ekranie jest tak duże, że w ostateczności cały film wydaje się być tylko wyreżyserowaną przygodą, niestety smutną. Podobnie jest z Martą Nieradkiewicz (Sylwia), która jest irytująco nijaka. Jedynym mocnym punktem tutaj jest dla mnie postać matki Kuby (Katarzyna Herman), która jest wyraźną indywidualistką, o własnych zasadach i przekonaniach, których nie pozwala sobie odebrać.


Płynące Wieżowce nie zachwycają, imponują czy powalają, mogę to spokojnie powiedzieć. Nie wiem czy to zignorowanie tematu wynika z faktu, że wątek homoseksualistów wciąż jest w naszym społeczeństwie odsuwany na bok, a jeśli już zostanie poruszony, to wyłącznie pobieżnie i szczątkowo. Wydaje mi się, że tak też postąpił Wasilewski realizując swój film. Jedyną opinią, z którą mogę się zgodzić jest stwierdzenie odnośnie głosu młodego pokolenia. Kino powinno być wizytówką ludzkości i Wasilewski to robi, akcentując jak ważna jest dla współczesnych potrzeba akceptacji społecznej, odnalezienia siebie, zrozumienia i tolerancji.

Trzymajcie się ciepło,

Passionflooower.

2013/10/11

Siła Przyciągania



Ile razy w ciągu roku wypada piątek trzynastego? Nie mam pojęcia, ale gdy już nadejdzie warto go jakoś uczcić. Może egzamin? Czemu nie, jak zażartował wykładowca: to był czysty przypadek. Cóż, po całodniowym stresie musiałam się jakoś zrelaksować. Razem z dwójką przyjaciół wybraliśmy się do kina na Siłę Przyciągania, Stephana Lacanta, o którym niewiele wiedziałam. Szybko jednak zorientowałam się, że nie będzie to lekkie kino, lecz takie, które jak najbardziej lubię. Zanim powiem coś więcej, niech każdy zastanowi się czym jest tytułowa siła przyciągania. Z fizyki jest to jedno z czterech podstawowych oddziaływań, polegającym na tym, że wszystkie obiekty posiadające masę, przyciągają się. Jest to zjawisko tak silne i niezależne od nas, coś czemu musimy się poddać.



Siła Przyciągania to film o homoseksualnej miłości dwóch policjantów - takie stwierdzenie jest kompletnym spłyceniem całej fabuły i skrzywdzeniem widza. To, co widzimy na ekranie to jedynie złudzenie szczęśliwej i pięknej miłości, budowanej przez wszystkich bohaterów filmu. Dramat jaki rozgrywa się za drzwiami mieszkania Marca i Bettiny ma uświadomić nam coś więcej, niż tylko małżeńską zdradę. W dodatku nie był jaką, bo męża z drugim mężczyzną. Ważna jest tu kwestia szczęścia człowieka, jaką dobitnie pokazuje Lacant, wchodząc brutalnie z butami do rodziny Marca i rozbijając ją. Nie jesteśmy w stanie oszukać swoich żądzy, tak samo jak pozbyć się siły przyciągania. To zbyt naturalny element naszej egzystencji, zdaje się mówić reżyser poprzez swój obraz. Uciekanie od problemu, nie stawienie mu czoła, strach - to wszystko w ostateczności sprowadza na bohatera gorsze konsekwencje, niż zwykła zdrada. Najgorsza prawda jest lepsza, niż bezczelne kłamstwo. Niestety Marc o tym zapomina. Tym samym Siła Przyciągania to słodko-gorzka historia o wyborze między uszczęśliwianiem innych, a byciem sobą i własnym spełnieniem.




Film jako całość nie powala, a momentami może się dłużyć. W ostatnich latach kino gejowskie bardzo się rozwinęło, a konkurencja jest duża (chociażby „Tajemnica Brokeback Mountain”, „Obywatel Milk”, „Wielki Liberace”), ciężko jest więc zrobić film wciągający i porywający, który bazuje na coraz popularniejszym wątku homoseksualnym. Jak dla mnie, reżyser nie przyłożył się do kreacji postaci, bo nie ma bohatera, który pociągnie nas za sobą. Poza tym wyczuwany od samego początku pośpiech. Nie ma budowania historii, portretowania powolnej przemiany bohatera z  heteryka w homoseksualnego poszukiwacza. Zostajemy wsadzeni w sam środek opowieści, przez co trudno nam uwierzyć w tak radykalną zmianę Marca. Wieje sztucznością, a to najgorsze, co może być w tego rodzaju kinie. To wszystko sprawia, że dramat jaki przedstawia nam Lacant, nie porusza nas tak, jak powinien. Ciekawie rozwiniętym wątkiem, co zalicza się na plus, jest poruszenie prześladowania homoseksualistów przez kolegów z pracy. Tutaj mamy sytuację jaka dzieje się w komendzie policji i jest przerażająco prawdziwa. Stephan uświadamia nam jak poważny jest wciąż problem heretyków-homofobów w społeczeństwie.




Film otwiera i zamyka bardzo podobna scena, a mianowicie wspólny trening całej policyjnej ekipy. Stanowi to swoistą klamrę zamykającą fabułę filmu. Lacant pokazuje nam, że bohater w swojej historii zatoczył koło, ale czy błędne? Właśnie nie do końca. Marc przeszedł wewnętrzną metamorfozę. O ile w początkowej scenie był gdzieś na szarym końcu ekipy, zagubiony i zdany na siebie, tak na końcu widzimy go liderującego na czele grupy. Pewny siebie, zadowolony, ukierunkowany. To już zupełnie inny człowiek. Lacant pokazuje nam przez postać Marca, jak pogodzenie z samym sobą i odrzucenie społecznej presji jest w stanie dać realną wolność i szczęście.

Jak podsumować ten film? Myślę, że nie jest to pozycja obowiązkowa, ale mimo wszystko warta obejrzenia, gdyż porusza ważną w naszym życiu kwestię odnalezienia szczęścia. Ilu z nas wyrzeka się własnego spełnienia dla „ogólnego” dobra? Może to właśnie czas by powiedzieć: nie?


Do następnego,

Passionflooower

2013/09/25

Co może być gorszego niż samotność?



Odpowiedź na to pytanie jest dla mnie tak oczywista, jak to, gdzie mieszkam. Nic, i choć staram się przyrównać wszystko, co znam do pustki, która zwie się samotność - nie znajduję kompletnie nic, co mogłoby się jej równać. Człowiek jest z natury istotą społeczną, potrzebującą do życia drugiego człowieka, prawie tak samo mocno, jak tlenu do oddychania. Walka z pierwotnością, naturą, wmawianie sobie, że jest inaczej - to zwyczajna strata czasu. „Nie śmierć rozdziela ludzi, lecz brak miłości”, powiedział Jim Morrison, wokalista kultowego The Doors. To tak oczywiste stwierdzenie, ale ilu z nas o tym pamięta? Odnalazłam te słowa zaraz, gdy wróciłam z pokazu najnowszego filmu Małgośki Szumowskiej (33 Sceny z życia), W Imię. Myślę, że one świetnie uzupełniają się z tym, o czym chcę dziś opowiedzieć.

W Imię rozpoczyna się na oko, od sceny tak normalnej i codziennej, że nie zapamiętałbym jej, gdyby nie jeden fakt. Przekleństwo za przekleństwem, wulgaryzm na wulgaryzmie, a na dokładkę dzieci. Szumowska na samym wstępie częstuje nas wiadrem zimnej wody i ogłasza, że nie porusza łatwego tematu, a tym samym, nie zamierza koloryzować. Pokazuje wyłącznie smutną prawdę. Od momentu, gdy tylko naszym oczom ukazuje się postać zarośniętego mężczyzny w dresie, uprawiającego aktywny jogging - wiemy, że nie będziemy mieć do czynienia ze zwyczajnym księdzem. Podobnym wyjątkiem jak kapelan, a jednocześnie pokrewną duszą, jest miejscowy „outsider”, Dynia (dla mnie wciąż będący zagadką tego filmu!). Z drugiej strony barykady, mamy zaś zdemoralizowanych chłopców, przebywających w ośrodku dla młodzieży niedostosowanej społecznie, zorganizowanym przez księdza Adama. Jednak to tylko część tego specyficznego otoczenia. Czy cokolwiek będzie tu zwyczajne, chciałoby się zapytać. Tak, mentalność wiejskiej społeczności, która od wieków jest taka sama: nie tolerujemy inności. Jak więc w takim otoczeniu mają odnaleźć się: poszukujący outsider, samotna kobieta, kapłan, który przed problemami uciekł w stan duchowny i zagubieni chłopcy?

Przyglądając się temu obrazowi, nie możemy zatrzymać się na temacie, który zdecydowała się poruszyć Małgośka, a mianowicie homoseksualności, lecz musimy iść trochę dalej. Owszem, film może wzbudzić oburzenie, ale nie to było zamysłem. Mamy dostrzec coś innego. Rozdartego i przerażająco smutnego człowieka ( dobrze ukazuje to scena rozmowy Adama z siostrą, przez Skype’a), księdza, który jest pod podwójną presją. Z jednej strony mamy hermetyczne, wiejskie środowisko, niszczące wszystko, co inne. Z drugiej, sutannę kapłana narzucającą tylko jedną miłość - do Boga. Jako bonus, kapelan dostaje jeszcze niewyobrażalną samotność, która go łamie. W momencie, gdy pragnie jedynie bliskości drugiego człowieka - czasem wystarczy po prostu dla kogoś być, dopadają go ludzkie potrzeby i słabości (imię bohatera - Adam, czy nie ma nam już czegoś sugerować?). Dla wszystkich, którzy po obejrzeniu filmu nie zrozumieją tego, mówię: do cholery, jesteśmy tylko ludźmi!

Film został nagrodzony m.in. na Festiwalu Filmowym Mix Milano w Mediolanie.


Nie wiem czy byłabym sobą, gdybym nie pochwaliła gry aktorskiej. Na samym wstępie powiem, że rozpiera mnie duma, że mamy tak zdolne pokolenie młodych aktorów - patrzę tu na Mateusza Kościukiewicza i Tomka Schuchardta, którzy czarują mnie na ekranie już po raz kolejny! Do dziś analizuję jeszcze postać Dyni, w którego wcielił się Kościukiewicz, stwarzając mu zupełnie niepowtarzalny i własny świat. Świat do którego ciężko jest nam dotrzeć, tak samo jak zrozumieć. Tomek ( absolwent mojego liceum i w dodatku, mogę to chyba powiedzieć, znajomy Verony!) zaś prezentuje nam postać Blondi, chłopca, którego niebezpiecznie opętany wzrok sprawia, że momentami bałam się. Jednak przede wszystkim na oklaski zasługuje Andrzej Chyra, który wcielił się w postać księdza Adama. Nadając mu wiele ludzkich, grzesznych cech, kreuje tą unikatową postać w sposób, który ciekawi, pociąga za sobą, zastanawia, w końcu sprawia, że zaczynamy rozumieć.

Małgosia Szumowska z Andrzejem i Mateuszem.

W Imię to film, który nie pozostawia nas z oczywistym zakończeniem, jak jest to na przykład, w przypadku komedii. Małgosia urywa w takim momencie, że zostawia nam pole do interpretacji i wykreowania własnego zakończenia historii. Nie ogranicza nas i nie prowadzi na łatwiznę, ale zmusza do zastanowienia się, przyjścia do domu i porozmawiania o filmie, bo jest o czym. Świat przedstawiony, bohaterowie i ich słabości, kłopoty, realia życia na prowincji - to tylko barwne tło dla tego, co kryje się głębiej. Co takiego? Samotność pisana przez duże „s”. Czasem warto odwrócić wzrok od tego, co przyciąga masę i spojrzeć tam, gdzie nie patrzy nikt.

Post o najlepszych płytach ubiegłego roku tworzy się, ale ten film wpadł tak nagle i musiałam spisać odczucia. Jest bardzo dobry i zasługuję na trochę uwagi.
(P.s. Dla tych, którzy twierdzą, że polska kinematografia nie ma nic dobrego do zaoferowania. Ma.)

Trzymajcie się ciepło.


Passionflooower