Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty

2014/04/22

3-majówka we Wrocławiu

Z racji tego, że za ponad tydzień będziemy bawić się na majówkach w całej Polsce, odkopałam na komputerze pewną niedokończoną relację, którą zaczęłam pisać kilka miesięcy temu i dopisałam resztę, tym samym chcąc polecić Wam Wrocław.

Co się dzieje?


Mam nadzieję, że spędziliście ubiegłoroczną majówkę przyjemnie, a pogoda Wam dopisała. Niestety ja, o ile miałam szczęście być na 3-majówce we Wrocławiu, to o słońcu i piwku na trawie mogłam jedynie pomarzyć. Ja się pytam, gdzie podziały się te prognozy 30 stopniowe? I powiedzcie mi jak tu lubić prezenterów pogody, skoro tak bezwiednie nas zwodzą? Eh, eh. Mimo to nie mogę narzekać. 2 i 3 maja upłynęły w całości pod parasolem i nawet deszcz padający z krótkimi przerwami cały dzień, nie ostudził atmosfery festiwalu i zapału ludzi, przewijających się pod sceną na Wyspie Słodowej.

Do Wrocławia przybyłam wcześniej, bo we wtorek 30 kwietnia. Od kilku lat marzyła mi się już majówka w tym mieście i w końcu udało mi się to zrealizować. Bardzo mocno radował mnie fakt bycia na biciu rekordu Guinnessa, który od dwunastu lat odbywa się regularnie w stolicy Dolnego Śląska. I choć naszego rekordu z przed roku (dla przypomnienia: 7273 gitarzystów grających razem numer Hey Joe, Jimiego Hendrixa) nie dało się pobić (zabrało się 5734 gitarzystów) to zabawa i emocje towarzyszące wydarzeniu były niesamowite. Móc tam być, wśród tylu gitarzystów, w atmosferze przyjaźni i pokoju – niewyobrażalnie wspaniałe! (i jak się przekonałam utwór Hey Joe naprawdę jest dość prosty i stanowi dla mnie wyzwanie, by za rok pojawić się na rynku nie jako słuchacz, ale uczestnik rekordu). Oczywiście nie  byłabym sobą, gdybym nie miała ciarek, gdy tylko popłynęły znajome takty refrenu. Można dodać do tego dobrze dobrany wokal Johna Corabi oraz gościnny udział takich gitarzystów jak Bruce Kulick, Chuck Garric, Jennifer Batten, Mieczysław Jurecki, Leszek Ciechocki, Wojciech Hoffmann i mamy prawdziwą muzyczno - eventową perełkę.  Powtórka już 1 maja 2014 roku! Jeśli gracie na gitarze, pomórzcie i przyjedźcie do Wrocławia na „najgorętszą majówkę roku”*.

Jennifer Batten - gitarzystka Jacksona biła rekord razem z nami.

Subiektywnym okiem

Jednak dla fanów gitarowego brzmienia była to tylko rozgrzewka, bowiem naprawdę gorąco zrobiło się nazajutrz, kiedy to o dobrą zabawę podczas deszczowego dnia zadbali: Hunter, Power of Trinity, Brodka, Strachy na Lachy, Coma i Kult.  3-majówkę otworzył Hunter, grający na pograniczu heavy a melancholijnego metalu i to by było na tyle, bo ten koncert sobie odpuściłam. Byłam już raz na nich na Ursynaliach, ale nie wciągnęli mnie, choć musze przyznać, że wokalista jest bardzo charyzmatyczny. Następnie scena należała do Power of Trinity, których lubię za genialne połączenie rockowego pazura z brzmieniem reggae. Świetnie rozgrzali zgromadzonych nie tylko pod sceną. W końcu pojawiła się wyczekiwana przeze mnie Coma. W deszczu to się jeszcze na nich nie bawiłam! Zagrali bez zarzutów, z kopem i nieziemską mocą. Nawet ociekające wodą ubranie nie przeszkodziło, by skakać pod sceną. Brodka zobowiązująco rozkręciła niezłą grandę, a publiczność bez oporu dała się porwać w radosne pląsy do jej najnowszej płyty. Nie byłoby jednak tak fantastycznej zabawy bez kochanych Strachów Na Lachy. Za każdym razem, gdy jestem na ich koncercie utwierdzam się w przekonaniu, że „Dygoty”, „Raissa”, „Chory na wszystko” czy „Twoje oczy lubią mnie” mają już status numerów nieśmiertelnych, które będą z pewnością śpiewać nasze dzieci. Pierwszy dzień zamknął Kult, a „Baranek” i „Dziewczyna bez zęba na przedzie” wprawiły nas w tak wyborowy humor, że aż szkoda było się rozchodzić do domów. I nawet deszcz nie stanowił już problemu.

O świcie pogoda poprawiła się nieznacznie, tak by popołudniu znów nas ochłodzić. A tego dnia line-up był równie energetyczny: Buldog, Luxtorpeda, Naczynia Połączone, Vavamuffin, Maria Peszek, Happysad i Dżem. Moje pierwsze zetknięcie z rockową poezją śpiewaną i Buldogiem, o dziwo wypadło naprawdę interesująco. Tomek Kłaptocz jest niesamowicie charyzmatyczny i ma całkowicie indywidualny styl, a to sobie cenię. Jednak ogień pod sceną roznieciła dopiero Luxtorpeda, którą uwielbiam. Miałam okazję śledzić ich koncertowy rozwój na przestrzeni dziewięciu koncertów w ciągu dwóch lat i z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że dla mnie jest to obecnie najlepszy koncertowy zespół w Polsce. Energia Litzy i charyzma Hansa kupują wszystko.  Po małym piekle pod sceną nastał czas na lżejszą nutę od Naczyń Połączonych. Znów zrobiło się tanecznie, a chłopcy dali z siebie ile mogli, choć frekwencja pod sceną nie dopisała. Ja byłam! Skakałam i dobrze się bawiłam! A skoro już tańczyć i bujać się, to tylko w rytm reggae. Stare, kochane Vavamuffin i ich „Malinowa Mamba” sprawdzili się bez zarzutu. Mogłabym chodzić na ich koncerty codziennie! Sprowokowała i podburzyła Maria Peszek. Ta indywidualistka z płytą „Jezus Maria Peszek” udowodniła, że jest mocna i ma coś do powiedzenia na polskiej scenie muzycznej. Tłoczno, duszno i żywo zrobiło się na powrót za sprawą panów z Happysad, którzy podobnie jak Strachy Na Lachy mimo deszczowej pogody przyciągnęli za sobą rzeszę wiernych fanów. Co tu dużo mówić, panowie dając od lat cudownie energetyczne i pozytywne występy zapewnili sobie status stałego gościa letnich festiwali. Zamknięcie dnia należało do weteranów polskiej sceny muzycznej. Dżem wprowadził nas w lekko nostalgiczny nastrój, choć nie zabrakło fajerwerków przy „Czerwonym jak cegła”.

2014. To jak, powtórka?


Tegoroczna wrocławska majówka zapowiada się równie gorąco. Na Wyspie Słodowej pojawią się: Piersi, Hunter, Mela Koteluk, Waglewski Fisz Emade, Jamal, Coma, Bethel, Strachy Na Lachy, Indios Bravos, Farben Lehre, Dr Misio, Dawid Podsiadło. Zaś na wrocławskim rynku gitarowy rekord bić będą:  Eric Burdon & The Animals (którzy zagrają „House Of The Rising Sun”), Uriah Heep, Michael Angelo Batio („najszybszy gitarzysta wszech czasów”, twórca gitarowej techniki shred), Steve Vai, Litza z Arką Noego i Wojciech Waglewski. Wstęp bezpłatny. Mówiąc krótko - zagrać w takim towarzystwie to zaszczyć! Ale to nie wszystko - organizatorzy przewidzieli wieczorem koncert zaproszonych gości na Wyspie Słodowej (uczestnicy rekordku mają 70% zniżkę na bilety), więc będzie się działo. Poza tym jak co roku zorganizowany zostanie konkurs na najciekawszą gitarę. Myślę też, że jeśli poszukujecie muzycznych atrakcji, to Wrocław i majówka są do tego najlepszą okazją. Sama wybieram się po raz drugi z przyjaciółką, którą udało mi się namówić już w zeszłym roku. W tym to ona mnie namawiała, choć tylko przez chwilkę. 

Tak więc widzimy się pierwszego.
Bye, passionflooower.

Informacje o biletach tutaj.

* Tak reklamowane jest wydarzenie w mediach. 

2014/03/05

Ocary, imprezy i muzyka!

Jakimś cudem jeszcze mnie stąd dziewczyny nie wyrzuciły, ale chciałabym nadrobić swoje zaległości i wyrazić swój żal i mocne postanowienie poprawy. Ostatnio dzieje się wiele, ciągle gdzieś biegam. Udało mi się obejrzeć kilka filmów i trafić na koncert zespołu, którego nie znałam i pozyskać zdobycz, której może pozazdrościć mojej ekipie niejeden wielki fan – pałeczkę perkusisty zespołu Farben Lehre. 

Ale, ale… Wróćmy wspomnieniami do ostatnich gorących wydarzeń. Czy ktoś oglądał galę rozdania Nagród Amerykańskiej Akademii Filmowej? Ja zdołałam obejrzeć tylko jak przez prawie 2 godziny wszyscy goście wchodzą, rozmawiają z dziennikarzami  i wszyscy są tacy piękni,  a później załapałam się nawet na wstęp Ellen DeGeneres i po 10 minutach internet w akademiku się skończył. Zło tego świata nie zna granic! Tak więc nici z gali na żywo… Dzięki temu się wyspałam. Tyle wygrać. Ha! Dzięki za wstawienie do hotów utworu z  mojego ulubionego laureata tegorocznego rozdania, który też dostał nagrodę- Let it go!

The cold never bothered me anyway!

Dlatego, że moja relacja z Los Angeles właśnie dobiegła końca chciałabym się z Wami podzielić moim ostatnim odkryciem. Muzycznym odkryciem. Pewnie jak zwykle wszyscy już to znają, a ja dowiaduję się ostatnia. Norma. Wszyscy widzieli, a przynajmniej słyszeli o serialu American Horror Story. Bynajmniej serial nie jest odkryciem, ale artystka, której piosenka znajduje się w soudtracku do niego. Mirah- nowojorska wokalistka, na którą trafiłam przypadkiem czytając artykuł Muzyka jest kobietą? na jednym z moich ulubionych portali społecznościowych.  A właściwie dopiero wtedy ją sobie uświadomiłam, bo jak się okazało jej piosenki słyszałam wcześniej. Kocham cię mózgu.



Mirah gra już od kilku lat nagrywa piękne nastrojowe kawałki, które, przynajmniej mi, przypominają dźwięki nostalgicznego spaceru. Istnieje również prawdopodobieństwo, że to dlatego, że najbardziej podobają mi się jej spokojniejsze , trochę bardziej smutne utwory. Oczywiście w jej twórczości znajdują się też bardziej energetyczne nutki, których w sumie jest sporo, bo ta pani wydała już pięć płyt. W tym roku ma się pojawić jej nowa płyta Oxen Hope, której premiera planowana jest na maj. Promują ją dwa utwory: tytułowy Oxen Hope oraz Radiomind. Oba utwory nie odbiegają specjalnie od ogólnej konwencji muzycznej, ale nie brzmią tak samo. Jest w nich coś, co pozwala uspokoić myśli i doprowadzić do jakiejś tam równowagi. Ciekawa jestem co jeszcze będzie na nadchodzącej płycie.

2014/02/03

Don’t ever take a single second to breathe: subiektywne podsumowanie 2013

 Postanowiłam w ramach postu urodzinowego zrobić małe podsumowanie zakończonego roku, czyli to czym żyłam w roku 2013, co sprawiało mi radość i wyzwalało ogromne emocje. Jeśli macie chwilę na wspominki, zapraszam do lektury:


1.      Premiera singla 30 Seconds To Mars „Up In The Air”, który zwiastuje nową płytę. Dlaczego to wydarzenie zasługuje na miano ważnego? Ponieważ na samą myśl o nowym albumie dostawałam palpitacji serca. „This Is War” było przeogromną płytą, bogatą w niesamowite emocje. Czytając już od roku zapowiedzi na temat czegoś „świeżego”, wykraczającego poza dotychczasowe ramy, miałam wielkie obawy. Co tym razem, powtarzałam jak mantrę, aż do momentu, gdy usłyszałam, wręcz imprezowe, „Up In The Air” i zamarłam. Co to miało być? Nie potrafiłam się określić.



2.      Wrocławska majówka. 1-3 maja. W końcu po prawie dwóch latach udało mi się spędzić wymarzoną majówkę. Dlaczego Wrocław? Co roku bity jest tam gitarowy rekord Guinnessa. Tysiące gitarzystów grających razem Hendrixa - od kiedy się dowiedziałam o tej idei, musiałam się tam znaleźć. Dla klimatu, magii tej chwili, muzyki, ludzi. Po rekordzie, muzyczna majówka na Wyspie Słodowej, czyli dobry polski rock. Było rewelacyjnie. Z tym roku też jadę.

Niesamowity widok i atmosfera!
3.      Premiera czwartej płyty 30 Seconds To Mars „Love Lust Faith + Dreams”, 21 maja. Płyta, na którą czekałam z niecierpliwością od dobrych trzech lat. Jak mogę ją szybko podsumować? Niejednoznaczna z pewnością. Miałam wiele oczekiwań co do tego wydawnictwa. Ostatecznie wciąż kształtuję swoją opinię na jej temat i wiem, że gdybym napisała o niej coś zaraz po premierze, dziś bym się z tym nie zgadzała.

Obraz Damiana Hirsta stał się inspiracją
dla okładki. W listopadzie miałam okazję
zobaczyć go na wystawie w Warszawie.

4.      Impast Fest, 5 czerwca. Koncert 30 Seconds To Mars. Każdy ich koncert jest dla mnie wydarzeniem, jednak na ten czekałam szczególnie, ponieważ otwierał ich europejską, festiwalową trasę z płytą „Love Lust Faith + Dreams”. Emocji było co nie miara, nie obyło się również bez fanowskich akcji, które wyszły rewelacyjnie (kartki z napisem: Welcom Home oraz kolorowe kropki nawiązujące do okładki albumu). A zespół? Jak zwykle zafundował nam cudowne show: akrobaci, bębniarze, kolorowe piłki, ludzie na scenie, Jared w tłumie, nauka polskiego. Jednak zabrakło mi pewnej nutki ekscytacji od samego zespołu, a może od Jareda? Nie dostrzegłam w jego oczach tych iskierek, które były charakterystyczne dla trasy z „This Is War”, pewnego podniecenia z tak gorącego przyjęcia (mimo że był to festiwal, tego dnia przybyli praktycznie sami fani zespołu). Cóż, nie wszyscy są 24/7 w formie, więc daję im drugą szansę. Do koncertu w Rybniku mają jeszcze trochę czasu.

Impact Fest
5.      Wymarzony koncert Green Day!  18 czerwca, Atlas Arena, Łódź.
Nie jestem w stanie opisać tego jak bardzo go pragnęłam! Od kiedy tylko zetknęłam się z twórczością Green Daya, wiedziałam, że muszę ich zobaczyć na scenie. Poczuć ich muzykę całym ciałem w tłumie pod sceną, skacząc i bawiąc się do utraty tchu. Mając w głowie fakt, że od ich ostatniego koncertu w naszym kraju minęło osiem lat, moje marzenie jeszcze bardziej urastało do rangi „must have”. Pamiętam, gdy Eska Rock ogłosiła ten koncert, moje oczy aż się zaszkliły z radości! Dni do spotkania ich odliczałam jak nigdy dotąd. A gdy się już pojawili, całe moje wyobrażenie o nich przeobraziło się w realną formę, którą mogłam podziwiać pod postacią trójki wspaniałych przyjaciół, bawiących się w najlepsze z kilkunasto tysięczną publicznością niczym z kumplami z podwórka. Zakochałam się w Green Day po raz kolejny, oddając im całe serce. Ponad dwu i pół godzinne show jakie dali, było zdecydowanie najlepszą chwilą w moim życiu. Oczekiwanie, wszystkie towarzyszące muzyce emocje, towarzystwo przyjaciół, ekscytacja, jaka biła od Billy’ego Joe, czysta serdeczność, radość i nieziemska zabawa, uczyniły ten koncert w pełni rewelacyjnym. Na tym właśnie polega fenomen największych - potrafić grać całym sobą i przekazywać ludziom własne emocje. Nie spodziewałam się, że zespół, który ma za sobą dwadzieścia sześć lat na scenie (i to zespół nie najmłodszy), grający punk rocka, wciąż potrafi grać tak, jakby debiutowali, a wokalista przez prawie trzy godziny śpiewa, skacze i cieszy się jak mały chłopiec. Ciekawostka: koncert w Polsce, mimo że Arena nie wypełniła się w całości, był największym występem na trasie (a zważając na fakt, że zespół nie grał u nas od ośmiu lat, to było coś wielkiego). I po raz kolejny, my Polacy, udowodniliśmy, że jesteśmy najwierniejszą publiką świata, do której się wraca.


6.      Jarocin 2013, 19-21 lipca. Zanim odwiedziłam to miejsce pierwszy raz, wiedziałam już, że kocham je, bo jest częścią mnie, małego punka. W tym roku byłam tam po raz trzeci i znów bawiłam się fenomenalnie. Nie chodzi tutaj wyłącznie o muzykę i festiwal, bo klimat jaki tworzy samo to miejsce i ludzie, jest równie unikatowy. Jeśli ktoś był, wie o czym mówię. Nie ważne kim jesteś, co robisz na co dzień,  w Jarocinie przez te kilka dni możesz poczuć ducha punk rocka. Niestety z roku na rok widzę, że to miejsce w nieunikniony sposób zmienia się, tracąc trochę swój klimat. Przyjeżdża coraz więcej nienawistnych ludzi, nie potrafiących „wrzucić na luz”, szukających zaczepki. Muzyka schodzi na drugi plan. Poza tym odzywają się głosy o komercjalizacji imprezy, przez co traci ona ducha. Moim zdaniem klimat tworzą  właściwi ludzie i to od nich zależy ta impreza, a nie od organizatorów. Jeżeli zapomnimy o tym i będziemy skupiać się na innych sprawach, za klęskę możemy winić wyłącznie siebie. Póki będę mogła spokojnie usiąść na rowie, napić się wina, posłuchać opowieści punków - weteranów o czasach świetności Jarocina, popogować pod sceną do Starych Sida czy Farben Lehre w tłumie znajomych, będę jeździła na ten festiwal i broniła go.


7.      Woodstock! 1-3 sierpnia.
Jak na razie mój drugi i praktycznie jeszcze lepszy niż ten pierwszy. Mimo piekielnego upału, mogę zaliczyć ten tydzień wycięty z życiorysu do bardzo udanych. Nie będę się rozpisywać o specyfice tego miejsca, bo zamierzam poświęcić temu osobny post, chcę tylko dodać, że każdy choć raz w życiu powinien się tam znaleźć. Co utkwiło mi najbardziej w pamięci? Rewelacyjny koncert grupy Kaiser Chiefs i porywający występ Enter Shikari. Dwa energiczne, żywiołowe i moce uderzenia, które zapamiętam na bardzo długo. Nie tylko ja, zespoły pewnie też, bo występować przed siedemset tysięczną publicznością to nie lada gratka (i jeśli usłyszę jeszcze raz, że Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy sponsoruje Woodstock, zdenerwuję się poważnie).


8.      Florence+The Machine! W koooońcu! Czyli Coke Live Music Festival, 9-10 sierpnia. Upragniony tak samo, jak Green Day. Popłakałam się, szczerze i niespodziewanie, gdy usłyszałam, że będą headlinerami festiwalu, na którym mnie jeszcze nie było. Moja radość była jeszcze większa, kiedy dowiedziałam się, że jadę z Veroną i jeszcze jedną dobrą znajomą. Florence oznaczała tylko jedno - istne szaleństwo, kwiaty i brokat stały się obowiązkowym wyposażeniem koncertowej torby. Nie mogłam w to uwierzyć, tym bardziej, że oficjalnie zespół miał przerwę, nie koncertował, aż tu nagle wpada do Polski! Niczym antyczna bogini, odziana w zwiewną, czarną suknię i z bosymi stopami, Florence Welch w towarzystwie niebiańskiej harfy, „spowiła” scenę aurą mistyczności, a apokaliptyczny klimat „Ceremonials” wprowadził nas w stan nieważkości. Drżałam i popłakiwałam praktycznie przez cały koncert, z przerwami na szaleńcze podskoki i uśmiech, którym zarażała ta zwariowana rudowłosa Angielka. Żaden artysta w całym moim życiu, z jakim się zetknęłam nie wywarł na mnie tak mocnego wrażenia autentyczności, szczerości i oddania muzyce jak zespół Florence+The Machine, a szczególnie sama Florence. Jest jedyna w swoim rodzaju, a koncert na CLMF zapamiętam na całe życie.
P.s. Już szykuję się na kolejny! Jeśli ktoś nie słyszał, Florence zagra jako gwiazda Orange Warsaw Festival 2014 na Stadionie Narodowym.


9.      Piątek 13 września. O dziwo, wcale nie pechowy. Jak się dowiedziałam tego dnia czekała mnie poprawka na studiach (w dodatku ustna!) i jak zapewnił pan wykładowca wcale nie wybrał tej daty umyślnie (przypadek?). Ile razy w ciągu roku wypada piątek trzynastego? Ostatnio często, bo kolejny raz w grudniu, więc to nawet jakieś wytłumaczenie. Jednak z racji tego, że nie mogłam stawić się na egzaminie w terminie, groźba poprawki wisiała nade mną przez całe wakacje, stąd jej obecność w tym podsumowaniu. Poza tym stres, jaki miałam przed wejściem do sali - bezcenne uczucie. Spokojnie, opanowałam historię dwudziestego wieku, a drogiego wykładowcę rozbawił nawet mój wykład o stosunkach polsko-niemieckich. Ech, z elokwencją trzeba się urodzić, nieprawdaż?


10.   Magiczny Serj Tankiani odrobina szczęścia. Gdańsk, Ergo Arena, 12 października. Nie byłoby to nadzwyczajne wydarzenie, gdyby nie jeden fakt. A mianowicie sposób w jaki otrzymałam bilety. Sprzątałam właśnie pokój i słuchałam Eski Rock. Do wygrania były wejściówki na dwa występy wokalisty System Of Down z jego solowym projektem w towarzystwie orkiestry symfonicznej. Fajnie byłoby pójść, pomyślałam. W dodatku osłuchałam się z płytą „Harakiri”, która mnie oczarowała, bo nie znałam Serja z tej strony. To, co tworzył solowo docierało do mnie bardziej niż muzyka System Of Down. Wysłałam smsa, napisałam  w skrócie o muzycznym uroku Tankiana, a po chwili mój telefon zaczął dzwonić. Pogadałam chwilę z Majkelem na antenie i miałam już swoje bilety. Całkowicie spontanicznie, bez żadnego nastawiania się, szczęście mi dopisało. Zabrałam ze sobą kochaną Cece i chyba obie byłyśmy pod ogromnym wrażeniem Serja Tankiana. Głos, który wydobywał się z jego gardła, silny i czysty, momentami wywoływał ciarki, które dodatkowo potęgowało brzmienie orkiestry. Prawdziwa uczta dla ducha. To było moje pierwsze zetknięcie się z Serjem Tankianem na żywo i z pewnością nie ostatnie.

Wielki głos!
11.  Urodziny Eski Rock! Klub Stodoła, 5 listopada. Drugie urodziny, na których miała okazję bawić się w świetnym towarzystwie. Cała idea wydarzenia jest niesamowita. Przez cały październik na antenie radia można zdobyć niepowtarzalne wejściówki na tę imprezę. Jeśli komuś się nie uda, przykro mi, ale nie można ich nigdzie kupić (przynajmniej oficjalnie, a każdy kto je sprzedaje, jest podłym naciągaczem). Przez ten jeden wieczór słuchacze bawią się razem ze swoimi ulubionymi prowadzącymi, zaproszonymi muzykami i mają okazję do rozmowy czy pamiątkowego zdjęcia. Naprawdę super sprawa. Co roku na imprezie grają świetne zespoły + niespodzianka. W tym roku na scenie pojawili się m.in.: Myslovitz, What Now, Uniqplan. A zespół niespodzianka? Co do tego propozycje były przeróżne… Jak zwykle mało kto trafił, bo gdy Billy Talent wyszli na scenę warszawskiej Stodoły, tłum wydał dziki okrzyk zaskoczenia i radości. Ba! Przez głowę przeleciała mi nawet wcześniej myśl, że skoro grają następnego dnia w Warszawie, mogliby pojawić się i dziś, ale nie wierzyłam w to. Zagrali co prawda jedynie trzy numery, ale i tak roznieśli scenę na kawałki, a dziki tłum śpiewał razem z nimi! W dodatku po występie część zespołu można było złapać w klubie i poprosić o fotkę np. z Ianem. Niestety nigdzie nie zauważyłam Bena. Poza tym zapamiętam tę imprezę z jeszcze dwóch powodów. W końcu przytuliłam się do Pegaza, pogadałam i mam z nim zdjęcie. Po drugie, całkowicie nieoczekiwanie spotkałam Damiana Ukeje, z którym przyszło mi też parę minut porozmawiać. Niesamowicie serdeczny artysta, wyluzowany i świetnie przytula dziewczyny (chcę jeszcze raz!). Impreza jednym słowem całkowicie na plus. Jeśli was tam nie było, nadróbcie w tym roku. Koniecznie!
      P.s. Damian, chłopaki z Billy Talent i Pegaz, którego ściskam ;)



12.   Meet Brian Molko.  Koncert Placebo! Torwar, 12 listopada. Akurat relację z tego koncertu udało mi się spisać, więc możecie przeczytać, ale w skrócie… Kolejne marzenie się spełniło. Zobaczyłam moje ukochane Placebo na żywo i po raz kolejny się nie rozczarowałam. Hipnotyzujący Molko i jego głos, docierający w najdalsze rejestry mojego mózgu, są prawdziwe. Dobrze było zobaczyć ich w formie i mimo że promowali swój najnowszy album, na koncercie nie zabrakło sztandarowych hitów i numerów z pierwszej płyty. Krótko mówiąc, set był dobrany świetnie. Ponad dwadzieścia numerów z całej twórczości, które stworzyły przebojowe show. Ponad to utwierdziłam się w swoim uczuciu do ekscentrycznego Briana i jego muzyka już zawsze będzie dla mnie emocjonalnym priorytetem.


13.  Festiwal Camerimage i Dallas Buyers Club! Bydgoszcz, 17 listopada. Gdy dowiedziałam się, że film będzie wyświetlony w sekcji pokazów specjalnych, pierwsze co zrobiłam to napisałam do mojej przyjaciółki mieszkającej w Bydgoszczy, że przyjeżdżam do niej i idziemy na ten pokaz. Czyste szaleństwo!  Nie miała co protestować, więc się zgodziła. Na film czekałam od kiedy dowiedziałam się, że Jared Leto wraca do aktorstwa, a na potrzeby nowej roli przestał jeść… czyli dokładnie rok. Przez ten czas do sieci wyciekały coraz ciekawsze zapowiedzi na temat filmu, który miał bazować na prawdziwej historii. Ponad to gwiazdorska obsada podsycała uwagę mediów. Naprawdę gorąco zrobiło się, gdy film miał amerykańską premierą i zaczął zgarniać nagrody (recenzja również jest na blogu). Obecnie ma sześć nominacji do Oscara.

Próba przed oficjalnym pokazem.
14.  Muse na wielkim ekranie! Multikino, 19 listopada. Jako prawdziwy fan falsetu Matta, nie mogłam opuścić takiego wydarzenia. Koncert, który zespół zdecydował się wypuścić na DVD i zaprezentować w kinach w formacie 4HD, miał miejsce we Włoszech , podczas trasy stadionowej. Było to największe show Muse, a zarazem niezapomniane. Kręciło je siedemnaście kamer. Ze względu na klimat i świetną atmosferę Muse podzieliło się materiałem ze światem. Naprawdę cudownie było móc przeżyć ten koncert w kinie. Nic nie umywa się do wrażeń z wielkiego ekranu. Szkoda, że było to wydarzenie jednorazowe. Z przyjemnością poszłabym jeszcze raz.

Przeogromne show!

15.  Eska Rock radiem lokalnym, jedynie w Warszawie. Gdy z pierwszym grudnia Eska Rock zniknęła ze swojej częstotliwości, a zastąpiło ją Vox Fm, miałam wrażenie, że to podły żart. Jak można znieść ogólnopolską stację rockową, która jako jedna z nielicznych stacji w zeszłym roku zarobiła na siebie, do miana radia lokalnego i internetowego? Nie mieści mi się w głowie. Jak to ktoś powiedział: „ewidentnie chcą zabić rocka w Polsce”. Aż trudno się nie zgodzić. W dodatku poczyniono radykalne zmiany, a mianowicie wyrzucono na bruk założycieli tej stacji, w tym samego jej ojca - Bisiora (Marcin Bisiorek). Nie potrafię i nie chcę się z tym pogodzić. To po prostu skandal, który złamał mi serce, ponieważ do tej pory radio u mnie nie milkło. Ale teraz gdy je włączam i słyszę disco polo, mam do niego wstręt.



16.  Zapomniałam o mojej setliście z koncertu Billy Talent! W tym roku w końcu i niespodziewanie udało mi się zdobyć sceniczny fant jednego z ulubionych zespołów. Ci, którzy tam ze mną byli, wiedzą jak o nią walczyłam i udało się. Co prawda wciąż czeka na swojej miejsce na ścianie, a może nawet ramkę, ale to gdy już przeprowadzę mały remont. Billy Talent zagrali jako gwiazda Lemon Festival w Łowiczu (festiwal jest dzieckiem warszawskich Ursynali), wystepując na jednej scenie m.in. z Gentlemanem czy P.O.D. Niesamowite emocje i muzyka. Gorąco polecam wam ten rozrastający się festiwal!


Hm, żeby opisać wam moje wszystkie koncertowe wyjazdy i festiwale, musiałabym dodać
drugi post chyba. Ale obiecuję, w tym roku zrobię taką relację z każdego wydarzenia na
jakim będę.  Albo chociaż się postaram. 
Poza tym było jeszcze kilka fajnych rzeczy, jakie mnie spotkały w tym roku, wygrałam płyty,
wejścióki do kina, zaproszenie na koncert Neonów, zdobyłam specjalny autograf na życzenie
z oryginalną dedykacją ( ♥). Działo się, jednym słowem. Mam nadzieję, że ten rok będzie
równie udany w muzyczne doznania, wydarzenia i nie będę się nudzić!

Trzymajcie się. XO


* Hasło z tytułu: Nigdy nie marnuj ani sekundy na oddech.

2014/01/23

ARTIFACT


Dziś opowiem wam współczesną „bajkę”, która wydarzyła się naprawdę kilka lat temu. Historia ta mogła przydarzyć się każdemu, bo ile razy w życiu ocieramy się o wielkie korporacje? Patrząc prawdzie w oczy, w zestawieniu jednostka a system, szanse na wygraną są praktycznie żadne, jednak, gdy ma się wystarczająco dużo determinacji i siły, by marzyć, wierzyć - rzeczy niemożliwe stają się rzeczywistością.

Jest rok 2008 i za słonecznymi wzgórzami Hollywood, w Los Angeles, rockowy zespół 30 Seconds To Mars dowiaduje się, że padł ofiarą swojej wytwórni. Po sukcesie drugiej płyty „A Beautiful Lie”, która wyniosła artystów na muzyczny szczyt popularności, mogłoby się wydawać, że zespół naprawdę nieźle zarobił, sprzedając 3 miliony płyt i dając masę koncertów na świecie, ale prawda była zupełnie inna. 30 Seconds To Mars zostało oszukane przez EMI, która znalazła się w poważnych kłopotach finansowych i nie zapłaciła muzykom ani grosza za żaden z dwóch albumów.
Brak przesłanek na zmiany, zmusił artystów do rozwiązania umowy z wytwórnią. Według amerykańskiego prawa, które chroni twórców, żaden muzyczny kontrakt nie mógł trwać dłużej niż 7 lat, a  umowa EMI z 30 Seconds To Mars już dawno przekroczyła tą magiczną granicę. W odpowiedzi korporacja pozwała zespół na symboliczne 30 milionów dolarów, tłumacząc ten fakt niewywiązaniem się z kontraktu, który zakładał wydanie trzech albumów. Cała ta sprawa  była jak najgorszy koszmar. Brzmiała tak absurdalnie, że nikt w to nie wierzył. Jak do tego doszło? 

1. Wytwórnia wypłaca zaliczkę. 2. Artysta wydaje album, który sprzedaje się w 500.000 tysiącach kopii, co daje 5 milionów zysku. 3. Wytwórnia zabiera swoją część, jest to zwykle 85%. 4. Zanim artysta dostanie swoją część, jest ona pomniejszona o wszystkie koszty, co ostatecznie zostawia artystę pod kreską. Dług przenosi się na kolejny album i kolejny.

Wytwórnia liczyła na to, że zmusi zespół, tak jak innych artystów, do siedzenia chicho i nagrania kolejnej płyty. Szybko wyszło na jaw, że 30 Seconds To Mars nie jest jedyne. System Of Down, Prince, Linkin Park, Paul McCartney, Smushing Pumpkins, to tylko kilku twórców w podobnej sytuacji, jednak dopiero Marsi podjęli radykalne kroki. Buntownicza natura Jareda w żadne sposób nie mogła przystać na taki cios, a jako lider formacji musiał być oparciem dla reszty zespołu, która zdecydowała się podjąć walkę. Wszystko na co do tej pory ciężko pracowali i co osiągnęli, a także marzenia, mogły zostać im brutalnie odebrane. Dla Leto, który w swoim życiu nigdy nie przystał na konformizm, walka z wytwórnią była jedyną opcją, która dawała mu szansę na zachowanie bezcennej artystycznej niezależności. Przystanie na warunki wytwórni oznaczało kompletną dominację EMI nad 30 Seconds To Mars. Zaś podjęcie walki: zostanie na lodzie z niczym, bez wytwórni, bez pieniędzy i bez studia nagraniowego.

Urywek z filmu - Tomo i Jared kończący piosenkę.
Wraz z zespołem Jared sfinansował budowę studia nagraniowego w swoim domu, która pochłonęła wszystkie oszczędności i tym samym w 2009 roku zespół stworzył trzeci album, o jakże znaczącej nazwie „This Is War”. Po prawie roku zmagań, zwodzenia i determinacji zespołu, EMI w końcu odpuściło i przystało na warunki postawione przez 30 Seconds To Mars, dając im kontrakt o jaki walczyli. Zespół podpisał go w piątek 13 września 2009 roku i dokończył wydanie albumu. Wytrwałość, zapał, dążenie do celu, wiara w marzenia i świadomość, kiedy odpuścić, sprawiły, że zespół znów znalazł się na szczycie i wyruszył w największą trasę w swojej karierze.

Zespół w ramach trasy promujacej album This Is War, dał ponad 300 koncertów, tym samym bijąc rekord Guinnessa w najdłuższej trasie zespołu rockowego.
Zespół udokumentował cały spór z EMI(Virgin Records) filmem „Artifact”, który miał premierę w zeszłym roku na Festiwalu Filmowym w Toronto i otrzymał nagrodę publiczności. Kupiłam ten dokument, zapłaciłam za pobranie i szczerze mówiąc był to najdroższy film w moim życiu (15$), ale wiem, że było warto, bo to fenomenalny przykład tego, jak należy walczyć o swoje marzenia. Drogowskaz dla innych. Współczesna bajka, która wydarzyła się naprawdę.



Obecnie film jest dostępy do pobrania na iTunes.

Trzymajcie się ciepło, XO.

2014/01/08

Głos wszech czasów po raz kolejny w Polsce!

Po świątecznej krzątaninie i sylwestrowym odsypianiu nadszedł czas powrotu na stare śmieci i ponownego zarywania nocy nad książkami. Stwierdziłam,że milczkiem siedzi od przedświąt reszta blogowej ekipy, i że dawno tu nic nie było, a nie... momencik.. w ogóle nic nie było na temat tego wspaniałego artysty.
Jakby go określić? Wspaniały wokalista, Amerykanin pochodzenia kanadyjskiego z wykształceniem muzycznym (od 6 roku życia gra na fortepianie), własnym repertuarem, co najważniejsze skromny, a to, że homoseksualista? To nic nie zmienia.

Panie i panowie, oto sam Rufus Wainwright, mój mistrz. Kiedy go słucham, chce mi się śpiewać razem z nim i co ważne, jego kompozycje są na tyle melodyjne, że bez większych problemów można próbować dorównać mistrzowi.
Pewnie dalej nie wiecie o kim mówię? Jeżeli oglądaliście kiedyś filmy takie jak: Shrek, Across the Universe, Brokeback Mountain, czy jakże lubiany przeze mnie Moulin Rouge, to znacie go i razem z nim czuliście samotność Shreka śpiewając cohenowskie Hallelujah, czy melancholię Paryża nucąc Complainte de la butte.


Chciałam wam zwrócić na niego uwagę, ponieważ po raz kolejny odwiedzi Polskę i po raz kolejny będzie to Warszawa. W ramach promocji swojej najnowszej płyty, a właściwie jest to składanka typu the best of, zagra w marcu w klubie Palladium. Bardzo bym chciała tam być i zazdroszczę wszystkim, którzy mają już bilety (a wyprzedane są prawie wszystkie).


Jego piosenki nie są skomplikowane, bez żadnych udziwnień i szalonych wokaliz. Prostotą wykonania i skromną i klasyczną aranżacją muzyczną ujmuje za każdym razem, a przynajmniej mnie. Mogę go słuchać bez przerwy i za każdym razem odczuwać te same emocje. Po prostu cichutkie i nastrojowe spectacular spectacular!

Chciałabym, żeby chłopak mi tak śpiewał, a nie tylko wyjadał słodycze....



Buziaki :* :*

E-N

2013/12/17

Jared Leto: Kupiłem swoje przeznaczenie prosto z piekła

Wpadłam jakiś czas temu na pomysł, by stworzyć tutaj cykl "IKONY" z ciekawie spisanymi biografiami osób, które nas fascynują i inspirują swoją twórczoscią. Coś, co przedstawi je w troszkę innym świetle. Nie chcemy się ograniczać, więc będą pojawiać się tu osobowości z różnych dziedzin. W ten sposób przedstwiam wam pierwszy post z tego cyklu, poświęcony ważnej dla mnie postaci.

„All my life 
I was never there just a ghost 
Running scared
Here our dreams aren't made
They're won

Lost in the city of angels
Down in the comfort of strangers, I 
Found myself in the fire burned hills
In the land of a billion lights

Bought my fate
Straight from hell
Second sight has paid off well
For a mother, a brother and me…”

City Of Angels, 30 Seconds To Mars



Kilka miesięcy temu razem ze swoim zespołem wydał czwarty w karierze grupy album. Jak twierdzi, jest on najambitniejszym dokonaniem zespołu, czymś przełomowym, refleksyjnym, po części rozliczeniem z przeszłością, po części metafizyczną podróżą na nieznane muzyczne wody. Nowym początkiem, oddechem od tego, co muzycy tworzyli do tej pory, a podążali w rozmaitych kierunkach. Interesującym wyznaniem wydaje się jeden z singli, „City Of Angels”. Piosenka ma bardzo biograficzny charakter, jest osobista i głęboko ugruntowana wieloma emocjami. Jared przyznaje, że jest to dla niego ważny utwór, ponieważ opowiada o jego życiu. Ale czy w kilku wersach da się rzeczywiście przedstawić historię tego człowieka? Dla świata jest rockowym muzykiem, inni pamiętają go wyłącznie jako aktora, a przecież są i tacy, którzy znają go jako wiecznie uśmiechniętego chłopca, spełniającego się w wielu dziedzinach życia, od malarstwa, grafiki, fotografii, do reżyserii. A kim tak naprawdę jest? Po prostu sobą. Indywidualistą wymykającym się wszelkim zasadom.




Z bonami żywnościowymi w ręku.

Jared Leto jest świetnym przykładem „american dream” - mając nawet mniej niż nic, zdobył wszystko o czym marzył. Recepta na sukces? W jego wykonaniu to praca, praca, wiara w siebie i jeszcze raz praca. Pracuj tak ciężko, jak nikt inny, powtarza niczym mantrę. Determinacja przyniosła wymarzony sukces. Urodzony w biednej Luizjanie 26 grudnia 1971 roku Jared, nie miał łatwego życia. Wychowywany wraz ze starszym bratem przez nastoletnią, samotną matkę-hipiskę, wiódł cygański tryb życia, mieszkając w Kolorado, Ameryce Południowej czy na Haiti. Jego ojciec zostawił ich, gdy byli jeszcze małymi dziećmi i ponownie się ożenił. Zmarł niedługo potem, a chłopcy nigdy go nie poznali. Wbrew najgorszym przesłankom, Constance robiła wszystko, co w swojej mocy, by zapewnić dzieciom choć namiastkę szczęśliwego dzieciństwa. Jared pamięta jak razem z bratem wdrapywali się na obłocone brzegi Missisipi, trzymając w dłoniach bony na żywność, lecz mimo to, byli szczęśliwi. Na święta zawsze robili sami prezenty i dopiero gdy podrośli, zrozumieli, jak biedni byli. Leto to nazwisko, jakie Jared otrzymał od ojczyma, który kochał i wychowywał chłopców jak własnych synów, ale i on wkrótce zmarł. Jared wspomina, że od dziecka, gdy tylko pamięta, muzyka zawsze była w ich domu, a matka często śpiewała w aucie i sprowadzała swoich przyjaciół, artystów. Mając zaledwie kilka lat Leto grał już na gitarze i pianinie, a jego brat na perkusji. To właśnie matka odkryła talent i zakrzewiła w dzieciach ducha do muzyki oraz sztuki. W niczym ich nie ograniczała, a lekka ręka przełożyła się również na wychowanie synów, którzy dorastając wymknęli się jej. Lata osiemdziesiąte przyniosły wiele zmian i problemów. Amerykę zalała fala narkotykowego biznesu oraz epidemia AIDS, a Jared przyznaje dziś, że wtedy mógł zostać albo złodziejem, albo dilerem. Wtedy z pomocą przyszła mu sztuka. By uchronić się przed losem, jaki spotkał większość jego kolegów, podjął studia na University of Arts w Filadelfii, lecz szybko stwierdził, że nie jest wystarczająco zdolny i przeniósł się do School of Visual Arts do Nowego Jorku, gdzie dostał się na tworzenie filmów. To był strzał w dziesiątkę, tu się odnalazł

Zdjęcie z albumu rodzinnego. 3. urodziny Shannona, którego Constance trzyma, a Jared myszkuje na stole.
Od najmłodszych lat Shannon i Jared rozwijali się twórczo.

Jeśli masz dosyć odwagi, że by marzyć, wszystko jest możliwe.

Podczas studiów Jared spróbował aktorstwa i walczył o to, by pokazać siebie jako aktora. W tym celu przeniósł się do Los Angeles, wytrwale walcząc. Zapał po raz kolejny się opłacił, bo w 1994 został zauważony i otrzymał rolę w młodzieżowym serialu „Moje tak zwane życie”, emitowanym przez MTV. W ciągu roku serial zyskał niesamowitą popularność, a w roku 1996 i 1997 Jared został wybrany jednym z „50 Najpiękniejszych Ludzi”. Leto stał się rozpoznawalny, a o to zabiegał. Na fali sukcesu pojawił się w filmach „Skrawki życia”, „Ostatnie takie lato”, „Ulice Strachu” czy „Cienka czerwona linia”. W miarę rosnącej popularności i przy coraz większej liczbie tytułów na aktorskim koncie, Leto zyskał swobodę i uświadomił sobie, że nie zawsze warto brać to, co mu oferują, a sprytniej jest skupić się mniejszych rolach u znaczących reżyserów. Tym sposobem zagrał kontrowersyjną rolę w „Podziemnym kręgu”, pojawił się w „American Psycho” i rewelacyjnym „Requiem dla snu”, które przyniosły mu realną sławę i uznanie. Jared już wtedy wiedział, że bycie dobrym aktorem wymaga czegoś więcej niż wyuczonego tekstu.  Grając w „Requiem…” radykalnie schudł,  na czas zdjęć zrezygnował z cukru i seksu, by zrozumieć istotę nałogu oraz przez dwa tygodnie żył z nowojorskimi narkomanami. Wzbudził sensację. Kolejnym takim wyzwaniem była rola w „Rozdziale 27”, gdzie zagrał zabójcę Lennona (do tego filmu przytył ponad trzydzieści kilogramów i nabawił się poważnych problemów zdrowotnych). Od tego momentu w Hollywood był kojarzony z rolami niekonwencjonalnymi, co potwierdził występując w skomplikowanym obrazie „Mr. Nobody”. W końcu pokazał światu prawdziwego siebie, indywidualistę jakim był od dziecka. Jeśli wszyscy szli w prawo, on musiał iść w lewo, gdy ktoś stawiał mu granicę, on ją przekraczał, a gdy świat zabiegał o niego jako aktora - on skupił się na muzyce, która jest częścią jego samego, zostawiając świat filmu na sześć lat. Mogłoby się wydawać, że w sezonowym Hollywood tak długa przerwa to wyrok. Jednak nie dla Jareda, który powrócił w tym roku, w wchodzącym na ekrany kin, fenomenalnym dramacie „Dallas Buyers Club”. Leto wciela się w nim w transseksualną kobietę, Rayon i znów poświęca dla roli (po raz kolejny schudł około osiemnastu kilogramów, wydepilował swoje ciało, chodził na szpilkach). Co mówi o metamorfozie? „Odnajduje się uczucia, takie jak pragnienie bycia kochanym” mówi, „Uwielbiam jej urok, wdzięk i beztroskę. Prochy dawały jej spełnienie, pozwalały na bycie taką jaką chciała być. Uważam, że stopniowo odkrywała siebie, więc dawało to wiele radości by się zgłębić w jej osobowość”. Krytycy już okrzyknęli Rayon rolą życia dla Jareda, a przełamujący popis aktorski może przynieść mu pierwszego w życiu Oscara. 

Jared jako Rayon, dając aktorski popis w Dallas Buyers Club.

Bądź kim chcesz - pieprz opinię innych. Nie bądź jednym z tych stereotypowych ludzi.

Poza aktorstwem, które było sposobem na życie, Jared poświęcił się muzyce, ona była dla niego prawdziwym przeznaczeniem. Po pierwszych sukcesach aktorskich, razem z bratem w 1998 roku założyli 30 Seconds To Mars, a nieśmiały wówczas Jared stanął na froncie. Rodzinny projekt z czasem zmienił się w przyjacielski zespół, grający zbuntowanego rocka, a sami muzycy odnaleźli siebie. W 2002 roku ukazała się debiutancka płyta zespołu, jednak jej premiera zbiegła się z obchodami tragedii 11 września, co położyło się echem na premierze. Drugi krążek „A Beautiful Lie” wyszedł w 2005 roku i stał się hitem, sprzedanym w dwóch milionach egzemplarzy. Zespół otrzymał pierwsze poważne nagrody i ruszył w trasę. W świecie muzycznym zrobiło się głośno za sprawą trzech promujących album singli: „A Beautiful Lie” (jako pierwszy zespół nakręcili teledysk na Grenlandii), „The Kill” (teledysk nawiązywał do „Lśnienia” i zyskał ogromną popularność w MTV) oraz  „From Yesterday” (jako pierwszy amerykański zespół nakręcili teledysk w Zakazanym Mieście, w Chinach). Po sukcesie jaki odniósł drugi album, wydawać mogłoby się, że zespół nieźle zarobił, ale prawda była inna. 30 Seconds To Mars padło ofiarą EMI, która nie zapłaciła artystom ani grosza. Gdy postanowili więc odejść, zostali pozwani na trzydzieści milionów dolarów. Wytwórnia liczyła, że to zmusi zespół do siedzenia cicho i nagrania kolejnej płyty, podczas gdy sama miała poważne problemy. Buntownicza natura Jareda w żaden sposób nie mogła przystać na taki cios, a jako lider formacji musiał być oparciem dla reszty zespołu, która zdecydowała się podjąć walkę. Wszystko na co do tej pory ciężko pracowali i co osiągnęli, a także marzenia, mogły zostać im brutalnie odebrane. Dla Leto, który w swoim życiu nigdy przystawał na konformizm, walka z wytwórnią była jedyną opcją, która dawała mu szansę na zachowanie bezcennej artystycznej niezależności. Wraz z zespołem sfinansował budowę studia nagraniowego w swoim domu, gdzie stworzył trzeci album, wydany w 2009 roku, o jakże znaczącej nazwie „This Is War”. Po ponad roku zmagań EMI w końcu odpuściło i przystało na warunki postawione przez 30 Seconds To Mars, a zespół udokumentował spór z Virgin Records filmem „Artifact”. Zapał, determinacja, dążenie do celu, wiara w marzenia i świadomość, kiedy odpuścić, sprawiły, że zespół znów był na szczycie, a trasa promująca trzecią płytę w 2011 została zapisana w księdze rekordów Guinnessa, licząc trzysta koncertów w ciągu dwóch lat. W maju 2013 roku światło ujrzał czwarty krążek formacji „Love, Lust, Faith + Dreams”, a o zespole znów usłyszeliśmy przy okazji wysłania ich singla „Up In The Air” w przestrzeń kosmiczną. Ponownie zyskali przydomek tych pierwszych, bowiem żaden inny zespół nie może poszczycić się tym osiągnięciem.

30 Seconds To Mars triumfujący na gali MTV EMA w Amsterdamie. 
 Najlepszy Alternatywny Zespół 2013.

Dożywotnie pragnienie życia.

Jared uwielbia zaskakiwać swoim wyglądem, szokować strojami, budzić skrajne emocje swoją muzyką i rolami. Nie jest typem człowieka, który przystaje do szeregu, zawsze jest przed nim. Nie dziwi więc fakt, że wszystko, za co się zabiera jest niekonwencjonalne, troszkę szalone, ekscentryczne i bardzo indywidualistyczne. Nie przejmuje się opiniami o sobie i to chyba część jego sukcesu. Jak mało kto, kieruje się w swoim życiu przekonaniami, w których słuszność wierzy, niż dobrymi radami ludzi z branży. Jared sporo w życiu doświadczył i nigdy nie pozwolił, by woda sodowa uderzyła mu do głowy. Mimo że zdobył popularność, o jakiej nawet nie marzył, pozostał sobą. Wciąż nosi podarte, ulubione ubrania i mieszka w domu, który wyróżnia się na jego ulicy tym, że ze ścian odpada tynk, a okna są zabrudzone, bo ich właściciel jest zbyt zabiegany. Jared już jakiś czas temu przekroczył magiczną granicę czterdziestu lat, ale pomimo statecznego wieku nie zapowiada się, by muzyk myślał o zmianach czy stateczności. Póki co zmierza żyć pełnią życia, dając z siebie więcej niż się od niego oczekuje.

Jared przyznaje, że scena to miejsce, z którym wiąże całe swoje życie.

Mam nadzieję, że pomysł się wam spodoba, szczególnie, że kolejna odsłona, którą zaprezentuję zapowiada się... bajkowo (to chyba właściwe określenie tego, co tworzy ten człowiek).


Bye. Passionflooower.

edycja tekstu: Limonka

2013/12/15

Two months, two concerts


Od czego by tu zacząć... Może w pierwszej kolejności się przywitam, miło po długiej przerwie, już prawie 3 miesięcznej, znów spróbować coś sensownego sklecić. Ostatnio zmienił się troszkę nasz szablon, jest bardziej słoneczny, antyzimowy, żeby naszym czytelnikom było tu u nas przyjemniej. Niedługo przyjdzie czas końcoworocznych podsumowań tego co się tutaj u nas na blogu działo, mam na to pewien plan, o którym dowiecie się w poście wkrótce. Żeby już nie przeciągać, powiem o czym chciałabym się rozpisać w tym 77. już poście na RUCHu.

Podzielę się z Wami, krótszymi niż miałam to w zwyczaju, relacjami z dwóch koncertów, w których miałam okazję brać udział w ciągu ostatnich dwóch miesięcy. Założyłam sobie, że zrobię o nich wspólny post, dlatego też jest trochę odwleczony w czasie.


7 listopad, Torwar - Warszawa, Hurts - Exile Tour

 Blood, Tears & Gold by MODEontheROAD
A pod tym linkiem, cała playlista z video z koncertu 

Na ten dzień czekałam od marca, kiedy to po koncercie w Palladium Hurts ogłosili, że wrócą do Polski w listopadzie. Wrócili wcześniej, we wrześniu na zaproszenie Lecha, gdzie też udało mi się być, co nie zmienia jednak faktu, że na listopadowy koncert czekałam niezwykle niecierpliwie. Występ zapowiadał się świetnie, miało być więcej utworów niż zazwyczaj, pierwszy raz w tak dużym obiekcie. Zespół jak zwykle nie zawiódł, dali świetny występ, energia przepływała między nimi a publicznością. Podczas koncertu byłam w 2-3 rzędzie pod sceną, co też wzmocniło z pewnością muzyczne doznania, rozglądając się wokół widać było, że wszyscy śwetnie się bawili od pierwszych minut, do samego końca, zarówno na płycie jak i na trybunach. 


Prześpiewałam cały koncert, o dziwo, bez większego uszczerbku na głosie. Zaczęło się od Mercy, trasa Exile to debiut tego kawałka na żywo, mocne uderzenie na sam początek. Pierwsze słowa wyśpiewane przez Theo, pierwsze dźwięki i już zapomniało się o godzinach czekania i mega zmęczeniu. Pod koniec piosenki publiczność wzniosła w górę kartki z napisem "Welcome Home", btw w projektowaniu napisu miałam swój mały udział, w tym samym momencie Theo krzyknął "Warsaw make some noise!". I zaczęło się Miracle, prześpiewane z rękoma w górze. Kolejne Silver Lining, jeden z moich ulubionych utworów z Happiness. I przejście do Wonderful Life, które śpiewała chyba cała zgromadzona publiczność, a Theo tylko to podsycał mówieniem "Sing with me Warsaw" i tym jak pozwalał nam śpiewać niektóre fragmenty, nie tylko przy WL, ale podczas całego koncertu, podkreślał, że dobrze jest być znów w Polsce. Kolejny utwór - Somebody To Die For - chyba wtedy po raz pierwszy podczas tego koncertu poczułam się mega wzruszona, a w moich oczach prawie stanęły łzy. Kolejne Blind, T. poprosił o pomoc przy tym kawałku demonstrując, że chciałby żebyśmy zaczęli śpiewaniem "eoeoeoeo ooo", które wszyscy z chęcią podchwycili. Siódmy utwór - Evelyn, podczas którego zwykle łamane są statywy, choć tego akurat zabrakło, wykonanie tego utworu było jak zwykle idealne, solo Adama na gitarze zawsze wzbudza wielkie emocje i wzmacnia charakter kawałka. O wiele bardziej liryczną końcówkę śpiewaliśmy już razem. Kolejne, energetyczne Cupid, które aż porywało, a wokal Theo jest w nim mega przeszywający. Potem, Unspoken, które zawsze bardzo do mnie trafia, głównie poprzez tekst i swoją delikatność. Kontynuacją nastroju rozpoczętego poprzez Unspoken było wykonanie The Crow - kolejny utwór, który mogliśmy usłyszeć po raz pierwszy na żywo. Podczas niego panowała niemal kompletna cisza, publiczność wsłuchiwała się w każdą sekundę trwania utworu na oczarowana, rzeczywiście tak było, ten utwór jest po prostu magiczny. Przed kolejnym utworem, akustycznym wykonaniem Blood, Tears & Gold, które jest chyba moim faworytem z tego koncertu, Theo powiedział, że Polska jest jednym z miejsc, które odziedzili już wiele razy i które jedt jednym z ich ulubionych oraz to, że utwór BT&G był jednym z pierwszych jaki stworzyli jako zespół i ciągle wiele dla nich znaczy. Tylko Theo, obok niego Adam grający na gitarze, niesamowite oświetlenie i śpiew publiczności. Uśmiechy obu, podziękowania Theo, jego niedowierzanie - magiczne 4 minuty. Potem przyszedł czas na Exile, Sandman, a następnie "time to dance" przy Sunday. Dalej było Stay, oczywiście tytułowe słowo należało w tym utwore do publiczności, Illuminated - które rozświetliło cały Torwar światłem telefonów komórkowych i The Road, przed którego rozpoczęciem Theo podziękował publice za wspaniały wieczór i zapowiedział, że to ostatni utwór - w co nikt już nie wierzy, bo zawsze wracają na bis. Tak było i teraz, rozbrzmiał jakby dźwięk tykania zegara i co było oczywiste, rozbrzmiało Better Than Love, podczas którego, muszę przyznać, świetnie się skakało razem z ludźmi dookoła. Wtedy przyszedł czas na rzeczywiście ostatni utwór tego wieczoru Help. Fragment "I can feel the darkness coming and I'm afraid of myself/ Call my name and I'll come running cause I just need some help" odśpiewaliśmy wszyscy razem po czym Theo jeszcze raz zwrócił się do fanów i zespół zszedł ze sceny.
Ale to nie był koniec cudów tego wieczoru. Po wyjściu z Torwaru, trochę niechętne do powrotu, zważając na to, że obok tłumy kibiców w tym samych czasie opuszczały stadion po meczu Legii, zostałyśmy tam do około godziny pierwszej z nadzieją, że zespół wyjdzie spotkać się na moment z fanami. Czas oczekiwania minął niespodziewanie szybko na rozmowach i nagle dojrzałam ze znajomymi poruszenie przy bramie. Do wytrwałych czekających wyszedł Theo. Było nas około 20-30 osób, tak że każdy kto był otrzymał od Theo podpis. Niebywale uroczy i przemiły z niego facet, pogadał z nami, pożartował i już odchodząc uniósł w górę flagę otrzymaną od fanów, na której było napisane: Stay in Poland forever. Krótko mówiąc, były to kolejne, dzięki Hurts, niezapomniane chwile. Oby nie kazali na siebie długo czekać.

snapshots z koncertu
i cenne pamiątki

Zapomniałabym, że również dzięki znajomym, z którymi mogłam bawić się na koncercie był on tak udany. Należałoby też wspomnieć o supporcie, duet xxannaxx. Ciekawy wokal, brzmienia. Jednak odniosłam wrażenie, że dużo lepiej słychałoby się zespołu na bardziej kameralnej scenie, gdzie kontakt z widzem jest po prostu lepszy. Pomimo tego jednego "ale", muszę powiedzieć, że najbardziej podobało mi się wykonanie remixu utworu "Broken Hope" - zagościł na mojej playliście i do dziś do niego wracam. Życzę Klaudii i Michałowi dalszych sukcesów, i samych udanych koncertów. 



5 grudzień, Kwadratowa - Gdańsk, Uniqplan - Wilderness Tour

Uniqplan - Stranger @ Rockoberfest

Niezrażona szalejącym tego dnia orkanem wybrałam się na planowany koncert Uniqplan, skoro gościli w Gdańsku, zbrodnią byłoby nie przyjść. Po przybyciu do klubu przyjemnie było posiedzieć w ciepłym miejscu, pogadać z przyjaciółką, która mi towarzyszyła i tak spędzić pół godziny w oczekiwaniu na koncert. Gdy weszłyśmy na salę przez 21 sala była niemal pusta, a chłopacy z zespołu kręcili się na scenie dostrajając, rozstawiając sprzęt. 
Występ rozpoczął się około 21:30, słysząc pierwsze dźwięki ludzie zgromadzili się w okolicach sceny, sama stałam dość blisko, najpierw w lewej strony pod głośnikiem skąd szybko uciekłam, mając na uwadze dobro mojego słuchu. Uniqplan zaprezentowali materiał z płyty Wilderness, która wyszła w tym roku. Przyznali, że to pierwszy ich występ w Gdańsku i dziękowali za ciepłe przyjęcie, wcześniej mieli okazję występować tylko w Sopocie podczas festiwalu TopTrendy. Koncert był kameralny, zgromadziło się max 80 osób, lecz zespół i tak był wdzięczny na liczne przyjście - uwzględniając warunki pogodowe i przestrogi meteorologów by nie wychodzić z domów, rzeczywiście - było licznie. Zresztą Uniqplan jest znany raczej w węższym gronie, dopiero co zadebiutowali ze swoją płytą, sama bym ich możliwe, że nie znała gdybym nie usłyszała ich jako support w marcu. Jednak co widać bardzo wyraźnie, chłopacy czerpią wielką radość z grania, podczas koncertu uśmiech nie schodził im z twarzy, dawali z siebie wszystko, nie chcąc jakoś wyróżniać jednych członków zespołu nad innymi, muszę przyznać, że Konrad Zieliński na perkusji i Michał Wojtas jako frontman są znakomici. Tego wieczoru najbardziej porwali publiczność kawałkami najbardziej znanymi: Freeland, This Makes Sense i Wilderness. Jednak na wielki plus moim zdaniem zasłużyło Love Radiation, które świetnie zabrzmiało live oraz Stranger. Tego wieczoru oprócz kawałków z pierwszego albumu, Uniqplan zagrali również skomponowany wcześniej utwór Hero, który nie znalazł się na płycie. Jedynym minusem, który wychwyciłam podczas występu było nieco szwankujące nagłośnienie, momentami zagłuszało ono i tak silny wokal, ale o to nie można winić zespołu, bo jak mówiłam dali z siebie wszystko, pewnie była to kwestia akustyki.
Gdy zespół zszedł ze sceny publiczność zaczęła wołać o bis, w końcu perkusista wyszedł i przekornie zaczynając, że nie jest najlepszym mówcą, powiedział, że nie mogą zignorować publiczności i oczywiście jeszcze coś zagrają. I w ten sposób ponownie rozbrzmiało Wilderness czym zespół pożegnał się z publiką i zapowiedział, że na pewno do Gdańska jeszcze wróci. Jeszcze muszę dodać na koniec jedno moje odczucie, spostrzeżenie, według mnie Uniqplan ma świetny materiał na letnie festiwale, gdzie ludzie skaczą, głośno śpiewają, po prostu widać, że się mega bawią, choć z drugiej strony kameralne występy też mają swoje zalety, bo stwarzają bliższą więź między artystami a publicznością.

fot. Łukasz Falkiewicz click for more             






Tak więc, do kolejnego! Mam nadzieję, że nie dam czekać na swój następny post tak długo jak ostatnio,
V.