Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura/ prasa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura/ prasa. Pokaż wszystkie posty

2014/12/15

Zapiski starego świntucha

Fenomen Charlesa Bukowskiego, autora powieści, opowiadań i wierszy, które inspirowane były jego własnymi doświadczeniami, związanymi z seksem, alkoholem, biedą, niedolą pisarza i słabościami każdego człowieka. Czy teraz czytają go już tylko hipsterzy?


Facet potrzebuje wielu kobiet tylko wtedy, kiedy żadna z nich nie jest nic warta. Można utracić tożsamość, pieprząc się na prawo i lewo.”


Nie wiem jak wy drodzy czytelnicy, ale ja zgadzam się z autorem tych słów i witam was po długiej przerwie w poniedziałkowy wieczór. Fragment, którym rozpoczęłam pochodzi z książki „Kobiety” Charlesa Bukowskiego i właśnie o nim dzisiaj. Kim był? Myślę, że większość z was już o nim słyszała, a jeśli nie to pewnie chociaż kojarzycie serial Californication, który jest oparty właśnie na powieści „Kobiety”, a Hank Moody to nic innego jak swobodna interpretacja Hanka Chinaskiego, bohatera powieści Bukowskiego. Ja sama zgłębiłam jego fenomen dopiero parę miesięcy temu, gdy zaskakująca liczba znajomych zaczęła o nim mówić i dowiedziałam się, że James Franco wykupił prawa do ekranizacji książki „Z szynką raz!”, opowiadającej o wczesnych latach pisarza.


Bukowski to bez dwóch zdań barwna postać. Uzależniony od alkoholu, prowadził awanturniczy i pełen skandali tryb życia. Opisanie swoich doświadczeń w książkach przyniosło mu niespodziewany sukces. Powołał bowiem do życia jedną z najbardziej znanych postaci w literaturze – tzw. ćmę barową Henry’ego Chinaskiego, czyli swoje alter ego. Można mówić, że fenomen Bukowskiego, który był obecny w Stanach Zjednoczonych od lat, rozkwitł także w końcu u nas. Co stoi za tak ogromną popularnością Bukowskiego? Proste rzeczy.

Po pierwsze i przede wszystkim olbrzymie pokłady (nierzadko absurdalnego) humoru, które odciągają zarówno głównego bohatera, jak i nas, czytelników od szarej rzeczywistości:


Miałem zły dzień. Tydzień. Miesiąc. Rok. Życie. Cholera jasna.” (Szmira)


Wymieniając dalej składniowe popularności należy dorzucić surowy, lapidarny styl, często zawierający wulgaryzmy. Ponadto chamstwo, którego Bukowski się nie boi, autobiograficzny charakter powieści i bezpośrednie podejście do życia. Bez ogródek opisuje swój alkoholizm, z którym próbuje walczyć, jednak ostatecznie to miłość do trunków bierze górę. I tak jest z każdą powieścią, każda książka Bukowskiego opowiada o innym etapie jego życia, od pracy listonosza, przez relacje z ojcem aż po rozważania nad życiem pisarza.

Świat przedstawiony w powieściach Charlesa Bukowskiego jest znany każdemu z nas, jednak został ukazany w nieznany nam sposób. Przestrzenie po jakich się porusza i osoby z którymi wchodzi w interakcje są fascynujące właśnie dzięki celnej obserwacji pisarza. Dostrzega on rzeczy, których my nie zauważamy, mimo że wcale nie są przed nami ukryte.

Ważna jest też uniwersalność znaczeń. Każdy pragnie lżejszego życia. Dla niektórych Bukowski może być przykładem samozaparcia, dawać motywację do swoistej walki o następny dzień. W końcu Henry Chinaski całe życie walczył o prawo do podążania własną drogą. W Polsce brakowało takich ludzi i myślę, że w tym tkwi sęk. W „Kobietach”, „Listonoszu” czy „Faktorium” każdy z nas może znaleźć coś dla siebie, bo zawierają prawdę o świecie, interpretowaną na różne sposoby.

Spotkałam się niedawno ze stwierdzeniem, że Bukowskiego czytają dziś hipsterzy. Rozśmieszyło mnie to, ale tak chyba faktycznie jest. Czy to przez ten wulgarny język? Racja, trochę wypada z głównego nurtu i nie powiemy, że czytanie np. o losach alkoholika-pisarza jest ambitnym zajęciem, jednak, gdy weźmiecie do ręki jakąkolwiek z jego książek i zaczniecie czytać to między wersami zauważycie całą niesamowitą, nie podkoloryzowaną prawdę o życiu. I to chyba jest największy plus jego przekazu – szczerość. Szczerość, dla której mogę być nawet hipsterką i z równie hipsterską miłością dla wszystkich (przyszłych) wielbicieli Bukowskiego na koniec coś w klimacie – The Doors i Alabama Song.


Trzymajcie się ciepło!

Passionflooower

2013/10/27

Krótka forma na wagę złota


Czyli o noblistce - Alice Munro

Alice Munro nazywają "mistrzynią krótkiej formy".Wydała wiele opowiadań, a jej książki zostały przetłumaczone na dwadzieścia języków. W 2013 Alice Ann Munro została laureatką Literackiej Nagrody Nobla za całokształt, a na świecie ogłoszoną ją "Mistrzynią współczesnego opowiadania"
       Pisarka urodziła się 10 lipca 1931 roku w Wingham (Kanada). Napisała osiemnaście  opowiadań i książek z czego najważniejsze to: "Taniec szczęśliwych cieni", "Dziewczęta i kobiety", "Za kogo ty się uważasz?", "Zbyt wiele szczęścia", "Widok z Castle Rock" oraz jej ostatnie dzieło "Drogie życie". Zdobywała liczne nagrody, w tym trzy razy Governor General's Award for Fiction. Jej pisarska kariera zaczęła się jeszcze nastoletnim wieku, lecz jej pierwsza książka została wydana dopiero w 1968 roku. 
       

Opowiadania Alice na pierwszy rzut oka przedstawiają zwyczajne historie codzienności. Można nawet pomyśleć, że autorka usiadła i zaczęła spisywać swoje wspomnienia. Jednak gdy zaczniemy wczytywać się tekst odkryjemy, że sytuacja, która mogła zdarzyć się każdemu jest jedynie podkładem do czegoś więcej. Opowieści dają nam dużo do myślenia, początkowo odkrywamy głębszy przekaz, schowany między słowami, a następnie zaczynamy rozumieć o czym naprawdę była ta historia i czego miała nas nauczyć. Najbardziej do myślenia dają nam zakończenia, które prawie nigdy nie są oczywiste, a autorka każe nam odnaleźć je w sobie.
       Munro piszę stylem prostym. Jej zdania są krótkie i nieskomplikowane. Z reguły narracje prowadzi w pierwszej osobie i czasie teraźniejszym, co, zależenie od upodobania, niektórym może nie przypaść do gustu. Jednak noblistka każdemu opowiadaniu nadaje odpowiedni klimat. Potrafi doskonale oddać charakter małej wsi i opisać rzeczy specyficzne dla czasu akcji. Pomaga to czytelnikowi utożsamić się z bohaterami i spojrzeć na świat ich oczami. Lecz nie tylko opisy miejsc i uczuć są wspaniale napisane, autorka świetnie oddaje charakter ludzi, tworzy ich takich jakby kiedyś naprawdę żyli. Każdy z nich ma swój własny, inny temperament, myśli oraz spojrzenie na świat. Jej twórczość genialnie uchwyciła ludzką naturę, taką jaka jest naprawdę. Nie spotkamy się tutaj z przeidealizowaniami lub karykaturami, ale z tym co naprawdę czują ludzie. Alice również przeplata opisy miejsc i uczuć z akcją oraz dialogami. Dzięki temu mamy dobre wyobrażenie otoczenia i myśli, lecz przy tym nie musimy się męczyć z ciężkimi zobrazowaniami, a przede wszystkim tekst nas nie nudzi. Książki, które wydała kanadyjska pisarka to zbiory opowiadań, które przedstawiają nam kompletnie inne historie, lecz ich porównanie pozwala spojrzeć na świat z jeszcze innej strony.

 

    Mi osobiście twórczość Alice Munro przypadła do gustu. Czyta się łatwo, lecz jak już pisałam wcześniej nie są to takie sobie historie. Mnie i wiele innych osób urzekło nadanie bohaterom, miejscom i ogółem całej historii idealnego klimatu. Podoba mi się również taka konwencja gdzie prawdziwy sens musimy odnaleźć w sobie, ale by to zrobić musimy się pogrążyć w zamyśleniu między innymi nad życiem oraz codziennością. Moim zdaniem Alice Munro zasłużyła na Nobla, jej twórczość wyróżnia się z pomiędzy innych zbiorów opowiadań. Ma swój niepowtarzalny styl oraz charakter.
    Jeżeli ktoś lubi historie z podtekstem filozoficznym twórczość noblistki z pewnością mu się spodoba. Jednak myślę, że każdy odnajdzie tutaj coś dla siebie i zachęcam do lektury. 

Dla chętnych, książki można kupić tutaj.

2013/08/27

Wybudowaliśmy dla siebie klatkę - cywilizację *

"Jakże naturalną rzeczą jest fruwanie i jak nienaturalnym jest nie mieć dokąd pofrunąć"

Dzisiejszy post poświęcony jest filmowi, który siedział w mojej głowie już od dawna i wciąż o sobie cichutko przypominał. W końcu się doczekał. Obejrzałam i jestem zachwycona. Potrzebowałam takiego kina. Zastanawiacie się pewnie, o jakiej produkcji mówię? Muszę Was ostrzec, nie jest najnowsza, ale jak najbardziej warta wspomnienia i polecenia.

„Ptasiek” ( bo pod takim tytułem film ukazał się w Polsce) jest historią o… Właśnie o czym? To dobre pytanie. Myślę, że przede wszystkim o wolności… Wolności, która tak naprawdę tkwi w nas samych. W błędzie jest ten, kto dostrzega wolność w braku kajdan na rękach, gumowych ścian wokół siebie czy możności decydowania o własnym losie. Film pokazuje nam, że to o wiele głębsze pojęcie niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka, sięgające aż do wnętrza rozumu. Tak moi drodzy, wolność to po pierwsze stan umysłu.

Bo cóż to znaczy być w o l n y m? Czy wyzwolonym może nazwać się człowiek uczciwy, pracujący jak Bóg przykazał, niemogący wyrwać się z codziennego kieratu i niebędący w stanie rzucić tego wszystkiego od tak? Czy wolnym może nazwać się człowiek żyjący w społeczeństwie, ale niemogący zaakceptować samego siebie? Czy wolnym nazwiemy człowieka z amnestią, żyjącego pod dyktando, ostrożnie? W końcu czy wyzwolonym może nazwać się człowiek posiadający wszystko, ale kompletnie nieszczęśliwy?

Teoretycznie – tak, praktycznie – nie.  A nie dlatego, że posiadamy coś takiego jak wolna wola, która to stanowi o naszej swobodzie. Mogą nas zniewalać, więzić, gnębić, nie pozwalać na powrót do domu, zmuszać do rzeczy, wbrew naszej woli – nic im to nie da, gdy nie są w stanie nas wewnętrznie złamać. To wyłącznie władza nad ciałem. Słabą powłoką człowieka. To, na czym im zależy, tkwi w głowie. Tkwi w strumieniu świadomości.

"Może wariaci to tacy ludzie, którzy wszystko widzą jak jest, tylko udało im się znaleźć sposób, żeby z tym żyć" 

Wolność jest świadomością siebie i światopoglądu, w jaki wierzymy, jaki tworzymy. Jeżeli ją odnajdziemy i podążymy za nią, staniemy się iście wolnymi ludźmi. Niczym ptaki, które mogą wzbić się wysoko, niespętane żadnymi więzami i odlecieć za horyzont. Mam wrażenie, że to właśnie chce przekazać nam Ptasiek. Trzeba czuć się wolnym, wierzyć - nie wystarczy nim być.

O czym jeszcze jest ten film? Hm. O przyjaźni, to z pewnością! Nic nie buduje tej więzi tak jak przeciwne osobowości, uzupełniające się razem. Lekiem na surowy realizm okazuje się dziecięca wiara (scena z lataniem). Brak odwagi rekompensuje idealistyczny sprzeciw w imię zasad i honoru (awantura o sprzedanie auta). Bezpośredniość i wewnętrzny luz łamią odizolowanie (poznanie się Ptaśka i Ala). Przyjaźń więc okazuje się być dla bohaterów silniejsza od życiowych zawirowań i złamanej okrutną, nieludzką wojną  psychiki. To ona daje Alowi wolność, której mu zabrakło.

Kiedy mamy wolność, musi być też coś o walce. I jest. „Ptasiek” w gruncie rzeczy jest jedną wielką walką. Tytułowy Ptasiek walczy o wolność, buntując się przeciw normalności. Kierownik szpitala walczy o zasady.  Al walczy za wszelką cenę o przyjaźń, nie pozwalając odebrać sobie tego, co najważniejsze w jego życiu. Oboje z Ptaśkiem walczą o życie, które im brutalnie odebrano, w imię idei pokoju**.



Nie zdradzam już więcej! Teraz kilka rzeczy stricte do samego obrazu. Po pierwsze klimat i atmosfera, mimo ramy filmu – nieprzyzwoicie napawa optymizmem, co jest cudowne. Na film składają się w dużej mierze retrospekcje jednego z bohaterów, tworzące zapis niesamowitej i barwnej przyjaźni, która jest motorem napędowym do działania. Dialogi – tutaj zwróciłam na nie uwagę, bo to przez nie głównie poznajemy i staramy się zrozumieć Ptaśka. Nie są denne, a wręcz zmuszają do pomyślenia. Aktorzy - Nicolas Cage i Matthew Modine bardzo dobrze odrobili zadanie, dodając swoim bohaterom unikatowego uroku (po obejrzeniu będziecie wiedzieć, o czym mówię).

"Upodobniamy się do tych, z którymi walczymy"

Film powstał na postawie powieści Williama Whartona w 1984 roku. Ekranizacji podjął się Alan Parker, amerykański  reżyser. Rzadko kiedy film jest lepszy od książki. Tutaj ekranizacja sprawiła, że czuję się w obowiązku przeczytać powieść! Ba, bardzo tego chcę. Obraz Parkera ukazuje tak budującą i dającą do myślenia, wzruszającą opowieść, że przedstawienie jej w książce jest dla mnie intrygujące! (Przywołuje mi od razu na myśl „Lot nad kukułczym gniazdem” – film świetny, książka rewelacyjna.)

Nie będę udawać skromnej i mam nadzieję, że te kilka słów płynących z mojego serca dotrze do Waszych główek, da co nieco do myślenia i zainteresuje na tyle, że zamiast oglądać kolejny odcinek serialu, przewalając się na drugi bok przy laptopie, sięgniecie po „Ptaśka” w tej lub tradycyjnej, książkowej wersji.

Dobre rzeczy są po to, by się nimi dzielić.

Trzymajcie się. Do następnego.

Passionflooower.



* Cytat z książki.
** Odniesienie do wojny w Wietnamie.

2013/06/23

Big Book Festival in Warsaw!

Pozwolę sobie napisać dwa posty dzień po dniu tylko dlatego, że ten weekend, a właściwie dzisiejsza, piękna niedziela, przyniosła mi, troszkę atrakcji. Przez weekend Warszawę opanowały książki, ale nie jakieś wyselekcjonowane, tylko wszystkie! Wszystkie, które czytamy i które nas interesują, i wcale nie muszą być one drukowane na papierze, chociaż osobiście wolę wersję papierową. Warszawskie centrum, zostało zamienione w Big Book Festival!

Co się działo?
Przez dwa dni festiwalu najwięcej działo się w Centrum Festiwalowym przy ulicy Marszałkowskiej, przy ulicy Chmielnej w Big Book Stop oraz we wszystkim dobrze znanym kinie Iluzjon. Więcej wydarzeń i atrakcji miało miejsce w sobotę,  w których niestety nie mogłam brać udziału, z powodu innych planów. Najbardziej żałuję, że nie mogłam wziąć udziału w akcji pt „ Mrożek na językach”- czyli maratonie czytania dzieł Sławomira Mrożka przez znanych aktorów, prezenterów telewizyjnych oraz pisarzy. Udało mi się przyłączyć do zabawy w niedziele, kiedy to po szalonych poszukiwaniach portfela koleżanki, udało się nam dotrzeć na pasaż Wiecha (tak, jest coś takiego w Warszawie),  który znajduje się w samym centrum miasta, gdzie w samo południe podjęliśmy próbę ustanowienia rekordu świata w liczbie osób czytających na wolnym powietrzu w jednym miejscu. W ten sposób na małym skwerku przy pasażu rozsiadły się 164 osoby, w tym rodziny z dziećmi, pisarze oraz przedstawiciele władz miasta i przez pół godziny, w skupieniu czytały książki przyniesione przez siebie lub pożyczone z regału ustawionego przy punkcie rejestracji. Nie jest to może powalająca liczba, ale zawsze mogło przyjść tylko 7 osób. Widok był niezmiernie ciekawy. My z Witoldem też się trochę wygrzaliśmy w słoneczku, które wyjrzało po porannej burzy, a później szybko przetransportowaliśmy się do kina Iluzjon, gdzie o 13 rozpoczynało się spotkanie pt. Polskie widma. Rozmowa dotyczyła głównie współczesnego pojęcia patriotyzmu, a dyskusja była naprawdę ciekawa, gdyż starły się głosy z różnych pokoleń i różnych środowisk artystycznych.Na koniec wzięłam udział w spotkaniu, które było moim docelowym, gdyż była to rozmowa o powieści kryminalnej oraz jej przełożeniu na obraz filmowy w Polsce. 

Dzień pełen wrażeń, kino Iluzjon piękne, muszę tam trafić raz jeszcze, dobra zabawa na happeningach, a ku swojej radości popołudnie zakończyłam na obiedzie w swoim ulubionym chińczyku. Po prostu palce lizać!

Taka tam mała wyprawka festiwalowicza :D

Była to pierwsza edycja festiwalu książki i chcę, żeby w przyszłym roku było więcej czytających, i żeby było tak pięknie jak dzisiaj, albo jeszcze piękniej!

Buziaki :*

2013/06/22

A po regałach hula wiatr...

Tym razem nie będzie edukacyjnie… Bo mamy przerwę. Znowu na muzykę? Nasz blog powoli zamienia się w przedziwny zbiór, którego nie sposób ogarnąć, a którego główne miejsce zajmuje muzyka. Pewnie dlatego, że muzyka jest tak ważna w naszym życiu. Pomaga ona poznawać i rozumieć świat, a co najważniejsze, pozwala młodym ludziom wykrzyczeć się i wyszumieć, co jest istotne dla ludzi w tak młodym wieku.

Ale o muzyce też nie będę pisała, pomimo, że jest ona istotna, ważne jest również film i kino. W tej dziedzinie ciągle się coś dzieje: kolejne premiery, kolejne festiwale i co najważniejsze nowi, młodzi reżyserzy ze świeżym podejściem do filmu. O wszystkim możemy przeczytać w internecie. Problemem jest tylko to, że wielokrotnie informacje zamieszczane na różnych stronach, nie są przez nikogo weryfikowane i czasem są tam same głupoty. Dlatego warto zawsze poczytać recenzje i opinie ludzi mądrych. Bazą dla takich materiałów jest m.in. miesięcznik FILM, gdzie redaktorem naczelnym jest znany krytyk filmowy Tomasz Raczek. Pewnie, można uważać, że jakiś tam Raczek nie będzie mi mówił, co mam myśleć o filmie, bo sam potrafię stwierdzić, czy film mi się podoba czy nie. ALE jego wiedza i wieloletnie doświadczenie, które ma ogromny wpływ na jego artykuły, mogą uchodzić za opiniotwórcze i w tej dziedzinie pan Raczek może uchodzić za autorytet.

I właśnie, kiedy kupiłam ostatnio wydany numer czerwcowy i jak zwykle zaczęłam przeglądać od końca, przewinęły mi się niesamowicie ciekawe artykuły i wywiady ( rozmowa Bodo Koxa z Janem Jakubem Kolskim jest po prostu oszałamiająca ;)), aż w końcu dotarłam do pierwszej strony, na której znajduje się notatka od redaktora naczelnego. Czytam, czytam i z linijki na linijkę oczom nie wierzę. Niecenzuralne wyrazy cisną się same na usta…. Czytam raz jeszcze…. Szok… Mam w ręku ostatni numer miesięcznika FILM, ponieważ zadecydowano, a właściwie wydawca zadecydował, że po 67 latach obecności na rynku, należy przejść na emeryturę. Po 67 latach chcą zamknąć FILM?! To co ja będę czytać? Dlaczego? Jak oni mogli?! Zło czai się wszędzie! Wiem, że na pewno problem, polega na tym, że ludzie nie kupują prasy. Wolą poczytać online, za darmo... Tak nieprofesjonalnie… Pomimo wszystko, nie potrafię się z tym pogodzić, że najlepsze pismo o tematyce filmowej zostało wycofane. 

Cytując słowa Tomasza Raczka kultura filmowa przyzwyczaiła nas, że jej cechą jest natura Feniksa, czyli umiejętność odradzania się w postaci sequeli. Jeśli pragnienie odbiorców okaże się wystarczająco silne, także dla FILM-u może powstać szansa w postaci sequela. Miałem sen, że…tak właśnie się stanie!

I ja też mam taką nadzieję….


Buziaki :*



2013/02/23

Fifty Shades

Po okresie czytania samych notatek i książek do zimowej sesji (co nawiasem mówiąc szczęśliwie zakończyło się sukcesem) pomyślałam, że dobrze byłoby sięgnąć po jakąś 'lżejszą' lekturę, żeby trochę odpocząć od akademickich treści.
Skończyło się tym, że podczas ferii przebrnęłam przez szeroko komentowaną trzyczęściową serię E.L.James, która zrobiła wokół siebie niemały szum na rynku literatury kobiecej. Troszkę zaintrygował i rozbawił mnie też sam opis na stronie empiku,
"Kobiety na jej punkcie szaleją, mężczyźni wiele zawdzięczają, biblioteki apelują, by wycofać ją z obiegu. A powieść sprzedaje się w tempie egzemplarza na minutę! Romantyczna, zabawna, głęboko poruszająca i całkowicie uzależniająca powieść pełna erotycznego napięcia!". 
Do tego książka stale utrzymuje się na podium prestiżowej listy The New York Timesa". Trzeba przyznać, nieźle sobie radzi.



Jak w ogóle na nią trafiłam? Słyszało się o niej od koleżanek, które wymieniały się swoimi opiniami na jej temat. Jedne zaczynały czytać, inne kończyły, a ja jakoś z braku czasu ale i jakiś większych chęci stwierdziłam, że może kiedyś sama po nią sięgnę i się przekonam co to za 'ewenement'. Jakiś czas później rozmawiałam z moją starszą siostrą i ona też mi mówi, że słyszała od koleżanek w pracy o "Greyu", i że jedna z nich ma jej pożyczyć swój egzemplarz do przeczytania. Tego samego dnia, będąc wcześniej w Empiku wychodząc wzięłam tom'kultury gdzie przedstawione były głównie bestsellery 2012, przeglądając go wieczorem patrzę, a tu w kategorii literatury zagranicznej najlepiej sprzedawała się książka "Pięćdziesiąt twarzy Greya". Hmm... I zaczęłam się na poważnie zastanawiać o co tu właściwie z tą książką chodzi, że cieszy się takim powodzeniem (oczywiście mniej więcej znałam poruszaną w "Greyu" tematykę).

Spięłam się i w wolnym tygodniu ferii przeczytałam wszystkie trzy części. Gdyby oceniać książkę po pierwszych rozdziałach to wydawać by się mogło całkiem niewinnie, skromna studentka literatury Ana i bogaty, czarujący człowiek sukcesu Christian. Wydawać by się mogło, nic innego jak współczesna historia Kopciuszka. Ale zdecydowanie jest to książka dla dorosłych. Początkowo jak już się dojdzie do scen miłosnych, stających się z biegiem akcji coraz to pikantniejszymi, można ulec małemu szokowi, bo mamy przed oczami niezły erotyk. Pewnie jakąś część czytelniczek przyciągnęła właśnie na pikanteria, nie oceniam. W moim odczuciu, po kilku takich 'akcjach' czyta się wspomniane fragmenty z dużo większym dystansem, ponieważ dla mnie na pierwszy plan wysuwa się sama fabuła. A jest ona całkiem ciekawa. Podejrzewam, że autorka chcąc przebić się z książką musiała użyć cięższej broni, bo spójrzmy prawdzie w oczy, niewinne amerykańskie love story nie sprzedawałoby się aż tak dobrze, chyba, że wzięlibyśmy pod uwagę samo grono oddanych czytelniczek romansideł (a nie całą literacką branżę!).
Wracając do moich spostrzeżeń. Czytając książkę zauważyłam, że sam Christian, pomimo swoich bardziej perwersyjnych upodobań, ma cholernie złożoną osobowość  i masę tajemnic. Jednak w toku zdarzeń, bohater chcąc zatrzymać przy sobie Ane, musi się zastanowić nad swoim dotychczasowym stylem życia, a może nawet wprowadzić w nie drastyczne zmiany. Innymi słowy stajemy się obserwatorami nieźle skomplikowanego, trudnego związku dwojga różnych, młodych ludzi, których nieustannie do siebie ciągnie, choć by razem być, oboje muszą  całkowicie się zaangażować i walczyć- zarówno w jednym szeregu jak i przeciw sobie. Trzeba przyznać, że jest to lektura wciągająca i trzymająca w napięciu, i trudno będzie ją odstawić "na później" jak już się ją zacznie czytać.

Nie będę zdradzać jak się kończy, czy opowiadać co się po kolei działo, kto chce to sam po nią sięgnie, jeżeli już tego nie zrobił- bo ja sama wzięłam się za nią trochę czasu po wielkim boom'ie, a może skłoni kogoś do przeczytania, moje osobiste zdanie.
Chciałam jeszcze dodać, że według mnie książka przełamuje temat tabu jakim często nadal jest mówienie wprost (czy na papierze, jak w tym przypadku) o seksie. Nie przypominam sobie, żeby jakakolwiek książka budziła tyle różnych emocji, głównie dlatego, że podejmuje wprost ten temat i do tego całkiem odważnie. Ale jak już wspomniałam, uważam, że trylogia "Fifty Shades" pomiędzy wierszami ma wiele ciekawych wątków. Aczkolwiek niewątpliwie wytyczyła nową ścieżkę w literackim kręgu. Chyba, każdy słyszał, że nawet na naszym rodzimym gruncie mamy naśladowczynię brytyjskiej autorki, jest nią była modelka, która, zainspirowana czy nie, napisała swoją książkę "Wszystkie odcienie czerni". Jednak pewnego razu jadąc pociągiem na uczelnię i słuchając audycji Poranny WF w Esce Rock, kiedy to Kuba Wojewódzki zlecił Czesławowi Mozilowi przeczytanie właśnie fragmentów- jak to mówią "polskiego Greya", szczerze się uśmiałam (mam nadzieję, że nie wyglądałam w oczach innych podróżnych dziwnie śmiejąc się pod nosem) i już nie jestem na tyle odważna (po drugie, ciągle miałabym w pamięci czytającego Czesława!), żeby sięgnąć po ten tytuł.

Przypomniała mi się jeszcze jedna ciekawa informacja związana z "Fifty Shades...". Wytwórnia Universal Pictures już wykupiła prawa do ekranizacji bestsellera i przeprowadza castingi do obsady. Do głównych ról typowani są różni bardziej lub mniej znani aktorzy, w tym do roli Christiana Greya głównie Ian Somerhalder i Matt Bomer, do roli Anastasi Steele, Emilia Clarke czy Alexis Bledel. Ja widziałbym w tych rolach właśnie Iana i Emilię. Zobaczymy jak zadecydują twórcy, film ma podobno wejść do kin jeszcze w 2013. Swoją drogą ciekawe czy adaptacja powtórzy sukces książki.


Na ten moment to tyle. Ciągle mile widziane są komentarze, także zapraszam, chętnie przeczytam inne opinie.

Pozdrawiam i życzę udanego sobotniego wieczoru,
V.

2013/02/15

Przegląd literatury współczesnej wg Neko.



Dzisiaj chciałabym odejść od tego, o czym do tej pory pisałam – o banałach łatwych i przyjemnych. Okazuje się, że jeżeli włoży się trochę trudu w coś co się robi, to też może stać się przyjemne.

Weźmy sobie na przykład taką książkę. Książka wcale nie jest łatwa ani przyjemna. Żadna. Jest duża, twarda, gruba, a jeżeli ktoś namarnował na nią sporo drzew i tuszu, to nawet i ciężka. A nie mówiąc już o tych w twardej lakierowanej oprawie. Nie można ich włożyć do torebki, bo będzie za ciężko, a poza tym mogło by się tam zmieścić jeszcze jedno lusterko, albo szczotka i rękawiczki, które w kryzysowej sytuacji przydadzą się o wiele bardziej. O, albo słuchawki do telefonu. Przecież o wiele łatwiej jest słuchać muzyki niż dźwigać, a już nie mówiąc o czytaniu. Po prostu katastrofa!

Na szczęście co jakiś czas można spotkać jakiegoś masochistę, który utrzymuje że lubi czytać, nawet te cegły. Kolejnym szczęściem jest to, że wydawnictwa ostatnimi czasy starają się nie produkować lakierowanych cegieł do leżenia na półce. (Mówię tu o tych do czytania, bo np. ciężki atlas geograficzny ze wspaniałymi mapami, na dobrym jakościowo papierze, to bajka.) Oczywiście to nie ze względu na czytelnika, któremu o wiele bardziej chce się czytać, kiedy książkę może trzymać w dłoni, która mu nie „więdnie” po 3 minutach, ale ze względów ekonomicznych.

Jakiś czas temu, dobrych kilka miesięcy,  miała premierę ostatnia książka Paula Austera  Sunset Park, znana pewnie niektórym biała okładka z twarzą przystojnego mężczyzny, z półek księgarń. Wtedy też, chociaż  chyba trochę wcześniej, w wieczornych audycjach radiowej Trójki zaczęto ją czytać. Z ciekawością wysłuchałam jednego lub dwóch fragmentów tej książki, bo później nie wytrzymałam i musiałam ją kupić. Kiedy tylko zobaczyłam Ją na półce pobliskiego Empiku moje serce zamarło. Była taka piękna, a jednocześnie tak ascetyczna i zero połysku na okładce (matowy lakier, ach cóż za wspaniały wynalazek). Z podekscytowaniem włożyłam nowy nabytek o torby i wyciągnęłam słuchawki (a co!), ale kiedy dotarłam do domu i otworzyłam pierwszą stronę, oddałam się jej w całości. Z tego co pamiętam, to nawet jeździła codziennie ze mną do szkoły.

Książka opowiada o losach 5 młodych bohaterów, którzy próbują odnaleźć siebie we współczesnym świecie. Niby banał, ale Auster ma tak fantastyczny sposób pisania, że nawet blask Nowego Jorku, gdzie dzieje się główna akcja powieści, zostaje zasnuty dawką współczesnej szarości i cierpienia, które musi ponieść człowiek na drodze ku odnalezieniu własnego miejsca, miłości i szczęścia.

Książka ujmuje, ponieważ bohaterowie są na tyle rozbudowani i ucieleśnieni, że chyba każdy młody człowiek może odnaleźć w nich cząstkę siebie i spróbować się przenieść w ich świat i zastanowić się: co ja bym zrobił/a na ich miejscu? To jest niesamowita refleksja, zwłaszcza kiedy pozna się ich historię, kiedy to 4   bohaterów wprowadza się do opuszczonego domu niedaleko brooklyńskiego Sunset Park.

Jest to dopiero pierwsza książka Paula Austera , którą przeczytałam, ale zaopatrzyłam się już w następną : Podróże po skryptorium, a w planach mam jeszcze Trylogię nowojorską, więc do pracy, rodacy!


Czytać książki, mugole!