Dziś
opowiem wam współczesną „bajkę”, która wydarzyła się naprawdę kilka lat temu.
Historia ta mogła przydarzyć się każdemu, bo ile razy w życiu ocieramy się o
wielkie korporacje? Patrząc prawdzie w oczy, w zestawieniu jednostka a system,
szanse na wygraną są praktycznie żadne, jednak, gdy ma się wystarczająco dużo
determinacji i siły, by marzyć, wierzyć - rzeczy niemożliwe stają się
rzeczywistością.
Jest
rok 2008 i za słonecznymi wzgórzami Hollywood, w Los Angeles, rockowy zespół 30
Seconds To Mars dowiaduje się, że padł ofiarą swojej wytwórni. Po sukcesie
drugiej płyty „A Beautiful Lie”, która wyniosła artystów na muzyczny szczyt
popularności, mogłoby się wydawać, że zespół naprawdę nieźle zarobił,
sprzedając 3 miliony płyt i dając masę koncertów na świecie, ale prawda była
zupełnie inna. 30 Seconds To Mars zostało oszukane przez EMI, która znalazła
się w poważnych kłopotach finansowych i nie zapłaciła muzykom ani grosza za
żaden z dwóch albumów.
Brak
przesłanek na zmiany, zmusił artystów do rozwiązania umowy z wytwórnią. Według
amerykańskiego prawa, które chroni twórców, żaden muzyczny kontrakt nie mógł
trwać dłużej niż 7 lat, a umowa EMI z 30
Seconds To Mars już dawno przekroczyła tą magiczną granicę. W odpowiedzi
korporacja pozwała zespół na symboliczne 30 milionów dolarów, tłumacząc ten
fakt niewywiązaniem się z kontraktu, który zakładał wydanie trzech albumów.
Cała ta sprawa była jak najgorszy
koszmar. Brzmiała tak absurdalnie, że nikt w to nie wierzył. Jak do tego
doszło?
1. Wytwórnia wypłaca zaliczkę. 2. Artysta wydaje album, który sprzedaje się w 500.000 tysiącach kopii, co daje 5 milionów zysku. 3. Wytwórnia zabiera swoją część, jest to zwykle 85%. 4. Zanim artysta dostanie swoją część, jest ona pomniejszona o wszystkie koszty, co ostatecznie zostawia artystę pod kreską. Dług przenosi się na kolejny album i kolejny.
Wytwórnia
liczyła na to, że zmusi zespół, tak jak innych artystów, do siedzenia chicho i
nagrania kolejnej płyty. Szybko wyszło na jaw, że 30 Seconds To Mars nie jest
jedyne. System Of Down, Prince, Linkin Park, Paul McCartney, Smushing Pumpkins,
to tylko kilku twórców w podobnej sytuacji, jednak dopiero Marsi podjęli
radykalne kroki. Buntownicza
natura Jareda w żadne sposób nie mogła przystać na taki cios, a jako lider
formacji musiał być oparciem dla reszty zespołu, która zdecydowała się podjąć
walkę. Wszystko na co do tej pory ciężko pracowali i co osiągnęli, a także
marzenia, mogły zostać im brutalnie odebrane. Dla Leto, który w swoim życiu
nigdy nie przystał na konformizm, walka z wytwórnią była jedyną opcją, która
dawała mu szansę na zachowanie bezcennej artystycznej niezależności. Przystanie
na warunki wytwórni oznaczało kompletną dominację EMI nad 30 Seconds To Mars.
Zaś podjęcie walki: zostanie na lodzie z niczym, bez wytwórni, bez pieniędzy i
bez studia nagraniowego.
Urywek z filmu - Tomo i Jared kończący piosenkę.
Wraz z zespołem Jared sfinansował budowę
studia nagraniowego w swoim domu, która pochłonęła wszystkie oszczędności i tym
samym w 2009 roku zespół stworzył trzeci album, o jakże znaczącej nazwie „This
Is War”. Po prawie roku zmagań, zwodzenia i determinacji zespołu, EMI w końcu
odpuściło i przystało na warunki postawione przez 30 Seconds To Mars, dając im
kontrakt o jaki walczyli. Zespół podpisał go w piątek 13 września 2009 roku i
dokończył wydanie albumu. Wytrwałość, zapał, dążenie do celu, wiara w marzenia
i świadomość, kiedy odpuścić, sprawiły, że zespół znów znalazł się na szczycie
i wyruszył w największą trasę w swojej karierze.
Zespół w ramach trasy promujacej album This Is War, dał ponad 300 koncertów, tym samym bijąc rekord Guinnessa w najdłuższej trasie zespołu rockowego.
Zespół udokumentował cały spór z EMI(Virgin
Records) filmem „Artifact”, który miał premierę w zeszłym roku na Festiwalu
Filmowym w Toronto i otrzymał nagrodę publiczności. Kupiłam ten dokument,
zapłaciłam za pobranie i szczerze mówiąc był to najdroższy film w moim życiu
(15$), ale wiem, że było warto, bo to fenomenalny przykład tego, jak należy
walczyć o swoje marzenia. Drogowskaz dla innych. Współczesna bajka, która
wydarzyła się naprawdę.
Uwielbiam
opowiadać o koncertach, na których byłam lecz jeśli mam coś napisać, zawsze
idzie mi to dość opornie. Jak niby przelać te wszystkie odczucia i niesamowite
emocje na papier? Czy znajdę aby na pewno właściwe słowa? Spróbuję. W końcu
chodzi o moje ulubione Placebo. Koncert odbył się 12 listopada w Warszawie, na
Torwarze i była to ósma wizyta tej grupy w Polsce, a chłopaki już zapowiedzieli
powrót. Bycie na tym koncercie było moim
marzenie i spełniłam je, dopisując to z dumą do tych zrealizowanych. Od kiedy
tylko poznałam i zakochałam się w muzyce Placebo, wiedziałam, że muszę usłyszeć
ich na żywo. Nie było innej opcji.
Stefan, choć sam niezbyt się uśmiechał, wywoływał usmiech u mnie.
W
Warszawie spotkałam się z dobrą znajomą z Krakowa, z którą to wybrałam się na
Torwar. Spędziłyśmy razem trochę czasu, zaliczając przed koncertem jeszcze
wystawę sztuki współczesnej na Zamku Ujazdowskim, w okolicy areny. Mogłyśmy
podziwiać między innymi słynny obraz Damiana Hirsta (tak, chodzi o „te
kropki”). W galerii spędziłyśmy około godziny, zbierając siły na koncert. O
godzinie siedemnastej byłyśmy już na miejscu i czekałyśmy w kolejce do wejścia,
która o dziwo nas nie przeraziła, bo miałyśmy dość dobre miejsca. Szczerze,
liczyłyśmy co najmniej na szał, jaki był chociażby na Muse, ale też nie byłyśmy
rozczarowane. Może troszkę zaskoczone. Ciąg dalszy wchodzenia na Torwar poszedł
dość sprawnie, bo jeszcze przed osiemnastą zdążyłyśmy oddać kurtki do szatni i
wbiec na płytę, zajmując naprawdę zacne miejsca w około siódmym rzędzie od
sceny, co w pełni nas satysfakcjonowało. Widok był świetny. Stojąc pod sceną
usłyszałam nawet żart, że średnia wzrostu na koncercie Placebo to metr
sześćdziesiąt dwa, więc trudno by było inaczej (nie do końca się z tym
oczywiście zgadzam). W każdym razie w oczekiwaniu na gwiazdę wieczoru na scenie
zamontował się support.
Steve szalejący za perkusją.
Psychocukier to łódzki zespół
grający szeroko pojmowanego rocka. Prawdę mówiąc liczyłam na porządny support,
który dobrze wprowadziłby mnie w koncertowy nastrój i trochę się zawiodłam.
Chłopcy, choć z pewnością coś w sobie mają, nie podołali temu zadaniu. Trudno
mi przyszło zapamiętanie ich nazwy, co dopiero mówić o muzyce. Miałam wrażenie,
że dźwięki jakby stapiały się w jedno brzmienie, a numery, które usłyszałam nie
podrywały do ruchu. W sumie całość bardziej mnie znudziła, niż rozbudziła. Ale
może jeszcze kiedyś zmienię zdanie, co do Psychocukru. Mam również świadomość,
że trudno jest grać pod presją, przed gwiazdą wieczoru jaką jest Placebo,
jednak jestem pewna, że można było zagrać energiczniej.
Śpiewający Brian i gitara to para idealna.
W
końcu kwadrans po ósmej zjawili się oni. Ubrani od głów do stóp w czerń, niczym
bóstwa weszli na scenę przy akompaniamencie pierwszych dźwięków B3
i szaleńczego pisku połączonego z głośnymi oklaskami. Chwila na chwycenie
instrumentów i jazda. Dopóki nie usłyszałam na żywo, nie sądziłam, że B3
tak świetnie sprawdza się na koncertach. Energiczna, świeża nuta sygnowana
przez Placebo. Świetne na otwarcie. W dodatku fani na piosence wypuścili
balony, nawiązujące do kolorowej okładki płyty, co dało niesamowity efekt
wizualny. Naprawdę udana akcja, brawo (same wzięłyśmy udział, mając ze sobą
całą paczkę balonów). Bez przerwy na oddech, rozbrzmiało szybkie i taneczne For
What It’s Worth. To jak najbardziej czas szaleństwa pod sceną, które
już nas ogarnęło. Kolejny numer to
„świeżynka” z najnowszej płyty, czyli Loud Like Love, który wypadł
zaskakująco dobrze i energicznie, aż dało się słyszeć śpiewający tłum. Idąc
dalej, z nowości zespół zagrał singiel Too Many Friends - brzmiący jeszcze
bardziej przekonująco, wspaniale rytmiczne Scene Of A Crime, poruszający A
Million Little Pieces, przenikliwe Purify, tajemnicze i stonowane Exit
Wounds. Z nowych kawałków moim zdaniem najlepiej wypadło przebojowe i
mocne Rob The Bank, przy którym znów sprawdzili się fani, głośno
wspierając Briana. Numer jest prosty, ale brzmi rewelacyjnie. Ma w sobie nutkę
z najlepszego Placebo, a czarujący i uwodzący głos Molko, nie daje o sobie
zapomnieć (w końcu nie ocieka manierą, jak w przypadku Too Many Friends). Ze
sztandarowych numerów zespołu nie zabrakło szaleńczego i energicznego Every
You Every Me, które rozgrzało nas doszczętnie, ciekawie przerobionego Meds,
które usłyszałam w zupełnie nowym wydaniu czy rewelacyjnego Special
K, do którego śpiewanie i skakanie zawsze odbiera oddech. Zaś wykonanie
Twenty
Years rozłożyło mnie na łopatki swoim klimatem. Czysty i głęboki głos
Molko, w połączeniu z brzmieniem gitar, po prostu mnie zmiażdżył. Świetnie było
to usłyszeć (ponad to podczas koncertu trzykrotnie zjeżdżała z góry dziwna
zasłonka w postaci siatki, która przesłaniała scenę. Z pewnością dało to
ciekawy efekt i inną perspektywę dosłownego spojrzenia na Placebo). Utwór Song
To Say Goodbye ku przewrotnemu tytułowi, nie zapowiedział pożegnania z
Placebo. I po raz kolejny mogłam zachwycać się unikatowym głosem Briana Molko. Speak
In Tongues z kolei dało chwilę na unormowanie oddechu. Przepiękny,
głęboki numer. Miłą niespodzianką okazało się złożone w swym brzmieniu,
nastrojowe Blind - zagrane z ogromną pasją i oddaniem - oczarowało mnie i
wzruszyło, psychodelicznie brzmiące Space Monkey - budzące ciarki, a
także Bitter End, zaśpiewane z
mocą, jaką pamiętam z wcześniejszych tras. Mocny kop przed zejściem ze sceny przed
bisem i rozbudzenie naszego apetytu na jeszcze więcej alternatywnego brzmienia.
Akcja z balonami na wstępie wyszła super.
Na
bis chłopcy przygotowali cztery świetne numery. Po głośnych owacjach Placebo
powrócili na scenę, a przy mikrofonie znalazł się Stefan, który podziękował za
tak gorące przyjęcie i wyjątkowe miejsce, jakim jest Polska, do którego mogą
wracać. Następnie Torwar wypełniło brzmienie
rewelacyjnego Teenage Angst. Choć numer pochodzi z debiutanckiej płyty,
wciąż ma tą samą moc, o czym przekonałam się osobiście. Wspaniale było usłyszeć
te gitary! Kolejna piosenka, mimo że nie jest z repertuaru Placebo, dla mnie
już zawsze będzie się kojarzyła tylko z nimi. Running Up That Hill
sprawiło, że wewnętrznie się popłakałam. Uwielbiam emocjonalność i nastrojowość
tego coveru oraz głos Briana, czysty, głęboki, wkradający się z emocjami w
najdalsze rejestry mojego mózgu. Na ten jeden numer mogłabym czekać kolejny
rok. Uśmiech spełnienia wkradł się na moją twarz ponownie, gdy usłyszałam
pierwsze dźwięki Post Blue. To
zdecydowanie jeden z moich ulubionych numerów. Przeszywający po całości swoją
warstwowością i tajemniczością. Niestety
Infra
Red oznajmiło niezwłocznie zbliżający się koniec. Wspaniały koniec. Skłamałabym,
gdybym powiedziała, że nie można było sobie wyobrazić lepszego bisu (ile bym
dała by usłyszeć My Sweet Prince, Slave To The Wage czy Nancy Boy!). Mam
nadzieję, że będę miała ku temu jeszcze okazję… Jednak mimo moich upodobań nie
mogę chłopakom niczego zarzucić. Przy tak wielu wspaniałych numerach mi samej
ciężko było by wybrać właściwą setlistę, więc podziwiam Placebo za tę decyzję
jeszcze bardziej. Po drugie, to trasa promująca Loud Like Love, więc na
zbytni luz i powrót do starych płyt nie napalałam się. Podsumowując, podział
pół na pół wydawał się być sprawiedliwy. Suma summarum jestem spełniona tym
koncertem i nie ma co się dłużej rozwodzić. Placebo są w rewelacyjnej formie,
trzeba przyznać i to się liczy. Steve szalał za perkusją niczym zwierzak,
rzucając blond czupryną na boki jak rasowy rock’n’rollowiec. Stefan, kochany
Stefan - zdecydowanie mój ulubiony basista. Jak zwykle czarujący i porywający
podczas gry (przeraziłam się, bo na żywo wydaje się być jeszcze chudszy, niż w teledyskach. Powinien dostać porcję pierogów na drogę). A co z Brianem? Och,
od zawsze miałam do niego słabość i chyba jestem najmniej obiektywną osobą pod
tym względem. Gdy wyszedł na scenę, przez chwilę nie widziałam nic poza Molko.
Aura charyzmy, ekstrawagancji, ekscentryzmu, wrażliwości i pasji wypełniła
Torwar, świecąc wokół wokalisty niczym aureola. Pamiętam jak prezentował się w
zeszłym roku na Coke Live Music Festival w Krakowie i nieprzychylne komentarze
odnośnie jego wyglądu. Teraz miałam wrażenie, że znów patrzy na mnie dawny,
niebezpieczny Brian, choć bez dwóch zdań doroślejszy. Długie włosy u mężczyzn
są zdecydowanie tym „czymś”, co czyni ich nieprzyzwoicie seksownymi. W dodatku
to jak Molko wymiata na gitarze - stałam nieprzytomnie zahipnotyzowana,
podziwiając precyzje jego ruchów. Chcę dodać jeszcze jedno - prosta czarna
koszula z kamizelką, które od dłuższego czasu nosi Brian, na nikim nie mogłaby
prezentować się lepiej. Nawet fakt, że nie był rozmowny, już mu wybaczyłam. Na
scenie Placebo towarzyszyła również Fiona Brice, grająca z muzykami podczas
tras, od roku 2008. Fiona gra na skrzypcach i instrumentach klawiszowych.
Krótko mówiąc, seksowność razy cztery.
Z
pewnością ten koncert zostanie w mojej pamięci na bardzo długo (jak nie na
zawsze), w końcu pierwszy mój show na żywo. Placebo byli tacy, jak sobie wyobrażałam.
Tajemniczy, z pogranicza psychodelii i glamrocka, porywający, czarujący.
Uwodzący muzyką i flirtujący z gitarowym brzmieniem. Zdecydowanie giganci w
swojej kategorii. A jak zapamiętała Placebo moja towarzyszka? „Show był oszczędny. Scenografia składała się z trzech
półprzejrzystych ekranów, czasem opuszczanych, tworzących "mgiełkę"
na scenie i okazjonalnie wyświetlanych animacjach lub zbliżeniach zespołu.
Molko prawie nic nie mówił, cały czas wypełniony był muzyką i tym eargasmicznym
wokalem - na żywo jeszcze lepszym, niż na nagraniach. Do tego byłam blisko
sceny, a ścisk naprawdę lajtowy, bez problemu było czym oddychać”. Pozostaje mi jedynie
przytaknąć i wyczekiwać kolejnego koncertu.
Zdjecie, które udało się zrobić mojej znajomej, Helenie. Zespół widoczny przez zasłonę.
W natłoku całego ubiegłego roku w moim odtwarzaczu
zebrało się naprawdę sporo dobrej muzyki, począwszy od rocka, przez rap,
reggae, a skończywszy na alternatywie. Nie jestem w stanie zliczyć ile razy
zostałam pozytywnie zaskoczona, ile razy obleciał mnie strach i jak długo
wyczekiwałam niektórych premier, gryząc przy tym z niecierpliwości palce. 2012 był to bezgłośnie owocny rok jeśli
chodzi o muzyczne wydawnictwa i koncerty. Zostałam syto nakarmiona, zaspokojona
i odetchnęłam w końcu z ulgą. Dla mnie
ten rok minął jednogłośnie pod hasłem: NOWE = INNE = DOBRE. Teraz w pełni
rozumiem i wspieram artystów, którzy chcą się wciąż rozwijać, eksperymentując z
brzmieniem. Stagnacja jest najgorszą z dróg wyboru.
Przygotowałam dla was małe, subiektywne zestawienie. Będą
to płyty, których wyczekiwałam i które uzależniły mnie od siebie. Odkrywcze.
Energetyczne. Rewelacyjne w każdym pojedynczym brzmieniu. Całkowite „must have”
dla każdego miłośnika muzycznych rozdroży.
1.Slash
& Myles Kennedy - Apocalyptic Love
Największe odkrycie
ubiegłego roku. Płyta w której zakochałam się od pierwszych dźwięków. Mocna,
energetyczna, przebojowa, uczuciowa, z wspaniałymi gitarowymi riffami Slasha i
świetnie brzmiącym wokalem Mylesa Kennedy’ego (wokalisty Alter Bridge). Zaskakuje z każdą kolejną piosenką, odkrywając przed
nami całą gamę gitarowych dźwięków. Stanowi cudowną podróż po kolorowym świecie
Slasha.
Apocalyptic Love, oddające całą moc uczucia, jakim jest miłość, otwiera
tę barwą płytę. Świetnie wydobyte brzmienie gitar, wzbogacone przebojowym
tekstem i partiami wokaliz, samo prosi o tupnięcie nóżką. Pazurem i młodzieńczą
wręcz przebojowością zachwyca One Last Thrill. Szybkie i niezwykle
rockowe, zwiększa apetyt na koncertową zabawę przy dźwiękach tego numeru. Jak
dla mnie - największe odkrycie na tej płycie. Energetyczna bomba! Kolejny numer, Standing
In The Sun, to już inna bajka. Przemyślana,
ułożona i dobrze brzmiąca kompozycja, idealnie wpasowuje się jako rozgrzewka
przed drugą na tej płycie perełką, czyli piosenką You’re Lie. Wybór tego
numeru na pierwszy singiel promujący album był po prostu rewelacyjny. Mało
kiedy jesteśmy w stanie wskazać
piosenkę, która podsumuje nam płytę, a You’re Lie robi to wzorowo.
Całkowicie kompletna, miażdżąca mocą gitary, wybuchowa, zaskakująca i niosąca
obietnicę. Przebojowa, pobudzająca i wdzierająca się do głowy. To właśnie po
przesłuchaniu tego numeru zakochałam się w muzyce Slasha i Mylesa,
stwierdzając, że muszę poznać ich fenomen... Zostawiając na chwilę ognisty
klimat, spółka Slash i Myles raczy nas dźwięcznym i ochładzającym No
More Heroes. To po raz kolejny duża porcja porządnego gitarowego riffu
i zarazem słodkie przypomnienie, dlaczego kobiety lecą na chłopców z gitarą.
Ech to brzmienie! Halo zaczynające się niepewnie, rozwija się w zaskakujący
rytmem numer. Niejednoznacznie brzmiący, sprawia, że świetnie się do niego
skacze i tańczy. Pobudzający! Przebojowy i na swój sposób z najmniejszym
rockowym pazurem jest We Will Roam. Naprawdę brzmi, ale
nie powala już tak jak chociażby Apocalyptic Love.
Iście wybuchowy skład.
Anastasia to numer, który jest zdecydowanie moim ulubionym. Z
lekkim gitarowym wejściem, jest prawdziwym wulkanem uczuć, pasji i energii. Z
każdym wyśpiewywanym słowem Mylesa czuję tę siłę w jego głosie. Całość, z
solówką Slasha, tworzy przepiękne wyznanie miłości, potwierdzające, że kobiety
mimo wszystko kochają złych chłopców. Not For Me numer, który w cudowny
sposób mnie urzeka. Mocny, ale jednocześnie delikatny. Przyciszony głos Mylesa
i ten, z bijącą na odległość mocą i pewnością siebie. Tak realistyczny. Swoiste
rozliczenie z życiem rock’n’rollowca. Kocham akustyczne wykonanie tej piosenki.
Z kolei, wyśpiewywane seksownie ochrypniętym głosem, Bad Rain jest numerem, do
którego się wraca. Lekkość zestawiona z męską siłą, podkręcona wpadającym w
ucho bitem, to bardzo dobre połączenie. Przyśpieszamy tempo z Hard
And Fast. Bardzo energetyczne i mocne, sprawia, że zastanawiam się,
kiedy Myles łapie oddech by wyśpiewywać kolejne frazy tekstu. Nastraja mnie jak
najbardziej pozytywnie. Zupełnie inny klimat ma z kolei Far And Away, będące
rockową balladą. Wolne, nostalgiczne, refleksyjne, stanowiące rozprawę z życiem
i nad życiem. Miła chwila na zwolnienie tempa, ale to tylko moment. Shots
Fired to wybuchowe zamknięcie płyty. Budując muzyczne napięcie od
pierwszych dźwięków, przez porywający refren (ma się szczerą ochotę zaśpiewać
razem z Mylesem), aż do uderzającego
końca. Po prostu chce się włączyć tę płytę jeszcze jeden raz, a potem i
kolejny! Ten duet hipnotyzuje.
Edycja
podstawowa:
1. "Apocalyptic
Love"
2. "One
Last Thrill"
3. "Standing
in the Sun"
4. "You're
Lie "
5. "No
More Heroes"
6.
"Halo"
7.
"We Will Roam"
8.
"Anastasia"
9.
"Not for Me"
10. "Bad Rain"
11. "Hard & Fast"
12. "Far and Away"
13. "Shots Fired"
Deluxe Edition:
14. "Carolina"
15. "Crazy Life"
2.Muse
- THE 2nd LAW
Zdecydowanie najbardziej
wyczekiwana przeze mnie płyta 2012 roku. Obiektywnie patrząc, trzy lata to
standardowy czas na nagranie dobrze skrojonego krążka, jednak tu chodzi o moje
ukochane Muse! Po wydaniu w 2009 roku albumu Resistance, który
powiedzmy szczerze jako jedyny nie zwalał z nóg (był jedynie dobry), pojawiły
się pogłoski o kolejnej płycie. W dodatku nie byle jakie… Elektronika i dubstep
- to było jak cios prosto w serce, kubeł zimnej wody wylanej na głowę,
najgorsza diagnoza. Już dawno nie byłam tak przerażona, jak wtedy. „Jaki nowy kierunek? Nie, nie, tylko nie to,
nie moje Muse”, krzyczałam w swojej głowie, gdy tylko usłyszałam Survival
i Unsustainable.
To było tak bardzo inne, elektryczne, mroczne i nie-musowe, że potrzebowałam
sporo czasu na poukładanie sobie tego brzmienia w głowie i przekonanie się.
Moim „point of no return” (wydarzenie w fabule filmu, po którym nic nie jest
już takie samo) był moment, gdy powiedziałam sobie: „Cholera jasna, to straszne, ale podoba mi się! Ja chcę tę płytę!”.
Nigdy wcześniej nie powiedziałabym, że Muse i dubstep może być tak udanym
eksperymentem! Gdy w końcu usłyszałam całe The 2nd Law, prawie płakałam ze
szczęścia. Wtedy też dobitnie przypomniałam sobie, że ocenianie płyty na
podstawie jednego singla, jednej melodii, jednego EKSPERYMENTU - jest
największą krzywdą dla artysty. Już nigdy więcej takiego myślenia, szczególnie
po ich koncercie w listopadzie 2012 roku.
Najnowszy album Muse jest w pełni rewelacyjny, świadomy, odkrywczy,
głęboki i nie zawaham się powiedzieć: z pewnością na miarę Absolution, a nawet czymś
ponad.
Przyjaźń od podstawówki robi swoje, dzięki niej Muse są tak zgrani i silni, co owocuje w świetną muzykę. Brytyjscy giganci.
Album otwiera potężne
kompozycyjnie, mocne i mroczne Supremacy, które powala na łopatki
od pierwszych miażdżących taktów. Numer zbudowany na gamie świadomych dźwięków,
eksponujących oscylujący na muzycznych szczytach głos Matta. Niewyobrażalny
efekt, gdy słucha się tego na całą moc na głośnikach lub w kilkutysięcznej
hali. W momencie, gdy Bellamy wyśpiewuje frazę „The time it has come to destroy
your Supremacy” ma się wręcz wrażenie, że powietrze drży, nie mówiąc już o
szybach ( ciekawostka: zespół zorganizował konkurs na teledysk to tej piosenki.
Zwycięski klip naprawdę robi wrażenie). Kolejny numer i kolejne wielkie
zaskoczenie. Madness to całkowite muzyczne szaleństwo. Kompletnie
wyróżniające się na płycie za sprawą lekkiej kompozycji, w pewien sposób
cudownie „inne”. Uwodzi mnie rytm nawiązujący do Time Is Running Out,
delikatny głos Matta i genialna wstawka z przeciąganym „madness”, stanowiąca
klamrę kompozycyjną. Uwielbiam taki sposób śpiewania o miłości. Idąc dalej,
Muse zadaje kolejny cios, niepozwalający nam się za szybko podnieść. Uwielbiam Panic
Station za lekkość i zabawę z jaką Bellamy to śpiewa.
Charakterystyczny, mocny bit w połączeniu z akcentującym wszystkie emocje
głosem, czyni tę piosenkę jednym z faworytów tej płyty. Kolejny świetny
eksperyment, do którego się wraca. Lubię też teledysk do tej piosnki, nakręcony
z dystansem i wielkim humorem w Tokio, choć reżysersko nie powala (Muse w
śmiesznych strojach i futerkach są tacy uroczy). Z kolei Prelude, to ciekawa i
pozwalająca złapać oddech, świetna wstawka do Survival, który był
oficjalnym hymnem Igrzysk Olimpijskich w Londynie w 2012 roku. Od radosnego
początku powoli przechodzący w poważny, podniosły, momentami przesadnie (zabieg
celowy zespołu), potężny numer z wstawkami chóru. Konwencje tą świetnie
podkreśla wokal Bellamy’ego ocierający się o operowe rejestry głosu. Numer,
który do samego końca ewoluuje i zaskakuje, brawo. Wsłuchując się w The
2nd Law ani na chwilę nie mamy powtórki z tematu, a Follow
Me to kolejna, nowa odsłona Muse. Piosenkę otwiera dźwięk bicia serca
syna Matta, co jest niesamowitą wstawką do całości. Przepiękna kompozycja, w
której Bellamy dzieli się swoim ojcostwem, urzeka przy każdym pojedynczym
dźwięku. Mam nawet wrażenie, że
elektroniczne wstawki sprawiają, że Follow Me tak świetnie i świeżo
brzmi. Odmienne o sto osiemdziesiąt stopni, zarówno pod względem atmosfery, jak
i brzmienia jest Animals. Numer w sposób smutnie nostalgiczny, obrazuje nam
współczesny obraz ludzkości (po raz kolejny odsyłam do teledysku, który dobrze
to podkreśla). Dodatkowo efekt ten podkreśla zakończenie piosnki. Taka
rozbieżność tematyczna bardzo dobrze wpływa na płytę, czyniąc ją jednym wielkim
odkryciem dla słuchacza. Matt: „Ta
piosenka to najbardziej surowy i bezpośredni wyraz uczucia, jakie wszyscy
czasem miewają: „Co też ludzie są w stanie sobie nawzajem zrobić”. Szok”.
Każdy koncert to zaskakujące techniką show, dopracowane w każdym calu - tutaj opuszczana piramida, przykrywająca perkusje.
Podążając ścieżką Muse,
dalej mamy Explorers. Dla mnie, pod względem lekkości, w pewien sposób podobne do Unintended. Wyśpiewywane
ze spokojem, co daje chwilę na oddech. Kolejny po Animals utwór o chciwość
w biznesie, opowiadający o prawie własności.
Big Freeze to ponowna zmiana tematu i tempa. Mamy tu coś o
świecie, który jak twierdzi Matt, „topi się i rozpada”. Save Me zaskakuje głównie
dlatego, że po raz pierwszy w karierze Muse na wokalu nie ma Matta. Save
Me to piosenka napisana i zaśpiewana przez Chrisa. I po raz nie wiem
już który na tej płycie, „inna”. Bez mocy jaką ma Supremacy, czy ciekawości
Madness.
Wyjątkowa, głównie przez delikatność, ocierającą się o balladę. Opowiada o
posiadaniu rodziny, która mimo trudności, stoi u twojego boku i nie pozwala ci
upaść. Jednym z moich czołowych faworytów jest na pewno Liquid State, które
zostało napisane i jest wykonywane również przez Chrisa. Niewiele osób
wiedziało, ale Chris przez kilka lat miał poważne problemy alkoholowe, do
których zespół przyznał się dopiero niedawno. Mimo trudności, przyjaźń okazała
się jednak silniejsza, a Muse umocnili się jako zespół, wysyłając Chrisa na
leczenie. W ramach terapii i rozliczenia się z przeszłością powstało między
innymi Liquid State, które brzmi fenomenalnie i bardzo osobiście.
Podkręcone tempo i tekst - tak prawdziwie życiowy, który wpada w ucho, stanowi
klucz do sukcesu. Uwielbiam tę siłę i brzmienie. W pełni popieram Matta, który
oddał mikrofon Chrisowi, bo ten eksperyment wyszedł cholernie dobrze! Na
zamknięcie płyty - dwa apetyczne kąski, których przełknięcia obawiałam się, a w
ostateczności dałam się im uwieść. Unsustainable - totalny miszmasz
elektroniczno-dubstepowy, przesiąknięty z lekka podniosłością Survival,
lecz z drugiej strony uświadamiający nieuniknione, z alternatywnymi wstawkami i
mimo wszystko, z powiewem Muse. Tak rozbieżnie „odjechane” i niedające
porównania, że kupujemy to w całości albo wcale. Mniej spektakularny efekt
zaskoczenia wywołuje numer Isolated System, który idealnie
wpasowuje się na zamknięcie tak zróżnicowanego krążka, jakim jest The
2nd Law. Uwodząca pięknem brzmienia, fortepianowa solówka w połączeniu
z elektronicznym pogłosem, uspokaja szalejącą od nadmiaru nowości głowę i
cudownie czaruje. „To krzyk ludzkości na
malutkiej planecie pośrodku niczego” - mówi Matt.
Dla mnie jest to jak
najbardziej Muse, które kocham za emocje, pasję, odczuwaną w każdym tonie i
zabawę brzmieniem, idealnie wyważoną w każdym numerze. Tą piosenką zespół zdaje
się bezgłośnie mówić: „mimo drogi jaką wybraliśmy, to wciąż my”. Nie wiem jak
Wy, ale ja im wierzę. Kupuję ich całych. Miałam okazję spełnić swoje marzenie i
być na ich koncercie, gdy promowali najnowszy album. Tu nie ma żadnej ściemy.
Piosenki Muse nie są „wypieszczone” i wymasterowane tak, że Bellamy nie jest w stanie odtworzyć
ich brzmienia na scenie, bo robi to w sposób przyprawiający mnie o ciarki i
łzy, których na koncercie nie byłam w stanie powstrzymać. Emocje. Emocje i
pasja. To czyni ich muzykę jeszcze bardziej prawdziwą, a aurę wokół nich
jeszcze bardziej magiczną i wyjątkową. Udowodnili tym samym, że nieważne, którą
ze ścieżek na rozdrożu wybiorą, świeżość, której nie pozwolili sobie ukraść -
zawsze ich ocali.
3.Skunk
Anansie - Black Traffic
Płyta, która dała mi
najwięcej do myślenia i z którą najmocniej się identyfikuję. Wszystkie emocje,
każde rozdarcie czy złość wchłaniam niczym gąbka wodę. Uzależniłam się po
prostu od brzmienia Skunk Anansie. Po pierwsze wokal Skin, który jest
całkowicie niesamowity, przebijający się, charyzmatyczny i hipnotyzujący. Nie
przepadam za wokalistkami. Mam kilka ulubionych i ciężko mnie przekonać, bo
muszę czuć siłę bijącą z głosu, która pociągnie zespół (a Skin ją ma). Jest tak
wyrazistą, barwną, silną, a zarazem wrażliwą postacią, że to idealnie przekłada
się na jej piosenki. Każda emocja jest wyczuwana jak podmuch wiatru, a muzykę
chłonie się całym ciałem. To sprawia, że cenię Skunk Anansie jeszcze bardziej.
Po drugie pasja jaka kryje się w Black Traffic. Nie jest to optymalna
forma zespołu (bo wierzę, że zaskoczą jeszcze nie raz), ale ten album świetnie
pokazuje Skunk Anansie jako band ciągle poszukujący, mający stale świeże
pomysły na siebie i przede wszystkim - oryginalny. Tak się zapisuje na kartach
historii rocka.
Ich reaktywacja była jedną z najlepszych rzeczy dla alternatywnego rocka.
Płyta uderza z całą mocą już
na samym początku, a Skin wypuszcza trzy nokautujące ciosy. I Will Break You to
mocny i energetyczny kop prosto w męskie serce. „Don’t try to humble me I’m
badass to the bone” śpiewa twardo Skin i
ja jej wierzę, z chęcią się dołączając. Uwielbiam ten tekst. Sad
Sad Sad to moja mała słabość, ponieważ całą mnie „nosi”, gdy słucham
tej piosenki. Noga niepowstrzymanie tupie, a głowa sama się kołysze w takt
podkręconego elektroniką przebojowego rytmu. Zamykające to uderzenie Spit
You Out, jest jednocześnie jednym z najpotężniejszych riffów na Black
Traffic. Gościnnie pojawiają się tu muzycy Shaka Ponk, co jest owocnym
eksperymentem. Po raz kolejny tekst wyśpiewywany przez Skin, wkrada się
niebezpiecznie w głowę. I Hope You Get To Meet YourHero
to numer jak dla mnie przerażająco smutny, choć przecież „tak” optymistyczny.
Zupełnie inny, lżejszy i nastrojowy. Szybko podchwycicie do nucenia. Kolejny
przewrót stanowi I Believed In You. Jak dla mnie - energetyczna bomba. Najlepszy
i najbardziej przebojowy singiel promujący płytę. To, co śpiewa Skin jest jak
obdukcja, uświadomienie sobie brutalnej prawdy. Satisfied? To następna,
trafiająca w serce nuta. Szyki i przewrotny. Słuchając go, mam wrażenie, że Black
Traffic pojawiło się we właściwym czasie w moim życiu. Mam ochotę
zaśpiewać razem ze Skin: „Ther’s nothing I can say to satisfy you”. Jak na
dobrze skomponowaną płytę, nie zabrakło ballad. Przepiękną i delikatną jest Drowning,
urzekające nietypowym połączeniem rocka, elektroniki i symfonicznego brzmienia.
Dzięki prostemu lecz jakże emocjonalnemu refrenowi, zostaje w głowie. Równie
piękny jest numer Our Summer Kills The Sun, choć zdecydowanie mniej
optymistyczny. Podoba mi się tu stały bit, który nadaje kompozycji tzw.
„smaczek”, a także wyeksponowana linia perkusji. This Is Not A Game jak
dla mnie najsłabsze ogniwo na płycie, choć niejeden zespół chciałby mieć takie
numery. Na dłuższą metę nudzi mnie to „rozwlekanie” i nie porywa za sobą. Zaś
całkowitym przeciwieństwem i zwrotem jest Sticky Fingers In Your Honey. Uderza
tak mocno, jak zawrotne wręcz tempo i krzykliwy wokal Skin. Oryginalny wstęp i
jeszcze lepsze rozwinięcie, z mocnymi, ogłuszającymi partiami gitar i perkusji,
czaruje na pozór chaotyczną kompozycją, która tak naprawdę jest genialnie
obmyślanym eksperymentem. Skunk Anansie w całej swojej krasie. Ocierającą się o
pop rock jest ballada Diving Down, która uzależniająco
kołysze nami na zamknięcie albumu, tym samym zostawiając nas z podsyconym
apetytem na zdecydowanie więcej! Akustyczne brzmienie gitar cudownie niesie się
po głowie, a śpiewny refren jest niczym zaproszenie do duetu ze Skin.
Charyzmatyczna Skin to wulkan energii na scenie.
„Dziś, po
tylu latach, potrafimy powiedzieć to, co chcemy w sposób bardziej zwięzły oraz
mocno przyłożyć, gdy jest taka potrzeba. Jesteśmy niczym poczwórny miecz
trafiający prosto w serce”, powiedziała Skin zapytana o Black Traffic. Słuchając
tego krążka, realnie czuję to uderzenie. Poczwórna moc, promieniująca z każdej
strony, jest jak moment, w którym lecisz na deski podczas walki. Zdajesz sobie
sprawę z siły przeciwnika i dopiero wtedy, upadając, naprawdę go doceniasz.
Dokładnie tak samo jest ze Skin i spółką. Brytyjczycy udowadniają, że kapele
zaczynające w latach dziewięćdziesiątych, wcale się nie skończyły z nadejściem
ery elektroniki i dubstepu, ale wciąż rozpalają żywym scenicznym ogniem,
spalając powoli od środka.
Byłabym ignorantką, gdybym nie zapytała: jak? To moje muzyczne rewelacje ubiegłego roku, ale macie pełne prawo się nie zgodzić, w końcu jest tyle muzycznych nurtów, zespołów, płyt! Macie swoją muzyczną trójcę, z którą spędziliście ubiegły rok? Podzielcie się ze mną.
Jak mogliście zauważyć, piszę o rzeczach, które w moim
odczuciu zasługują na uwagę z prostego względu – są świetne/ odkrywcze/
ciekawe. Kiedy napiszę o tych znienawidzonych? Powoli się zbieram, ale lista
jest długa, a tak trudno wybrać te najgorsze, które należy omijać szerokim
łukiem. Póki, co o pozytywnych odkryciach… Tak oto nadrabiam zaległości i mam
dla Was kolejną propozycję do przesłuchania.
Po sześciu latach od wydania Keep Calm And Carry On, Stereophonics wrócili z nową płytą,
która miała premierę 1 marca. Co prawda w muzyce zespołu za dużo się nie
zmieniło, bo Jones i spółka wciąż serwują nam głównie ballady, przesiąknięte
melancholią, które łatwo wpadają w ucho…, ale ta chrypka w głosie! Dla niej
zdecydowanie warto było czekać i muszę przyznać, że nie zawiodłam się. Graffiti
On The Train - jak dla mnie podrasowane Stereophonics, ale wciąż z tym czymś.
Zacznę od pierwszego singla In A Moment, który w odniesieniu do całej płyty
może zmylić, ale jednocześnie ma w sobie coś, co nie pozwala zapomnieć. Poza
wersją, którą mogliście usłyszeć w radiu, polecam Wam In A Moment - Alternative Version, jest jeszcze bardziej klimatyczna.
Dobry wybór na singiel, z resztą tak samo jak Indian Summer. Jeden z moich ulubionych numerów na
płycie. Zbudowany na chwytliwym bicie, wzbogacony o niebanalny tekst, a
jednocześnie taki do zaśpiewania – sprawia, że ma się ochotę pobujać i potupać
nóżką. Ach, będziemy tęsknić za latem... Trzecim i jak na razie ostatnim,
wypuszczonym singlem jest tytułowe Graffiti On The Train. Piosenka, która dla mnie jest
najbardziej poruszającą na płycie, a wszystko za sprawą dramaturgii i napięcia
wyczuwanego w dźwiękach gitar. Co tu dużo mówić – jest po prostu piękna. W
dodatku głos Jonesa – tak seksownie chrypiący – i niczego więcej nie potrzeba.
Stereophonics podczas występu na Impact Fest w Warszawie, 5 czerwca 2013.
Zdecydowanie inny klimat ma numer Catacomb. Bije tu pewność siebie, stanowczość i
złość, którą podkreśla szybkie tempo oraz wyrzucane za sobą, w pośpiechu,
słowa. W Catacomb nie mam miejsca na nostalgię. W dodatku – partie gitar
– cudowne, zakochałam się. Środkiem pomiędzy melancholią a rockowym uderzeniem
jest Violins
And Tambourines. Stereophonics rozkręcają się dopiero około trzeciej
minuty, prezentując kawałek całkiem niezłego grania. Może określić je, jako
podniosłe, ale całkowicie komponujące się z resztą.
Na tle całej płyty, mocno wyróżnia się Been Caught Cheating. Nie wiem czy to za sprawą sposobu
grania (przypomina, bowiem jeden z tych numerów, granych w okolicznym barze w
Teksasie, kiedy publice jest już obojętne, co usłyszą (nie musi być to
country!) I możesz zagrać autorską balladę), czy maniery, z jaką śpiewa Jones,
ale piosenka jest klimatyczna i przyjemnie się jej słucha. Skojarzenie opisane
wyżej, dodatkowo podkręcają słyszane w tle odgłosy (przekonacie się, o czym
mówię). Jest inna, dlatego dopisałam ją do listy ulubionych.
A wiecie, do której piosenki powracam, gdy kończę słuchać tę
płytę i mam wyłączyć komputer? We Share The Same Sun. Tekst, choć
nie jest wielce wybitny, dla mnie jest prawdziwy i dlatego najbardziej się z
nim utożsamiam. Uwielbiam ją za wyważoną, ale nieprzesadzoną delikatność i
akustyczność brzmienia. Poza tym zachrypnięty wokal, z wyczuwalnymi momentami
wibracjami w głosie – dla mnie – wygrywa wszystko.
Ciekawym i dobrze prezentującym się eksperymentem jest numer
Take
Me. Z nutką tajemniczości i obietnicą, niesioną nastrojowym brzmieniem –
sprawia, że mimowolnie zatapiamy się w brzmieniu Stereophonics. Bardzo dużym
plusem w tej piosence jest duet Kelly’ego z jego narzeczoną, Jakki Healy, i śpiewanie na dwa głosy –
dzięki temu całość świetnie odwzorowuje i ożywia miłosny dialog, napisany przez
Jonesa ( miałam nawet ciarki przy niej).
Z kolei Roll The Dice to swoiste
rozprawienie się z życiem i uświadomienie sobie niezmiennych faktów. Jak dla
mnie troszkę chaotyczna kompozycja, wolniejsze brzmienie poprzeplatane mocniej wyśpiewywanymi
kwestiami, z dodatkiem nuty podniosłości pod koniec. Najmniej przemawiający do
mnie utwór, ale to kwestia gustu.
W końcu
numer zamykający Graffiti On The Train – No – One’s Perfect. Bardzo
refleksyjny. Zostawiający nas w
przekonaniu, że nie jesteśmy idealni ani nawet bliscy temu, mamy zbyt wiele
słabości. Smutny? Nie określiłabym go tak, ale pasuje mi do wieczoru spędzanego
w pubie, gdy za oknem hula szaruga i leje deszcz, a my próbujemy przekonać
osobę obok nas, by dała nam jeszcze jedną szansę na poprawę…
Czy jest to płyta, do której będę chętnie wracać? Myślę, że
tak. Mam bardzo zmienny nastrój i kiedy muszę odpocząć od punkowego brzmienia,
sięgam m.in. po Stereophonics. Ich muzyka jest bardzo… nastrojowa, co
udowadniają po raz kolejny. Jeśli szukacie czegoś, co was powali – odpuście sobie.
Tu po prostu trzeba wyczuć ten klimat. Wtedy słuchanie daje przyjemność.
Właśnie
obejrzałam dwa nagrania na youtube i zainspirowały mnie one do tego, by się z
Wami nimi podzielić, tak więc ta notka pisana jest spontanicznie i na
szybkiego, pomiędzy tą zaplanowaną, która już wkrótce.
Przeglądałam
sobie spokojnie facebooka, gdy naglę widzę, że polski fan club Florence + The Machinezamieścił link z filmikiem. Wchodzę i... doznaję
szoku, bo słyszę cover piosenki Dog Days
Are Over, ale jaki!
Jestem
zaskoczona, rozbawiona i pod wrażeniem. Dziewczyny występują pod nazwą The Dolls, ado grania na pewno nie wykorzystują gitar, perkusji czy
harfy (ukradzionej Florence), ale najzwyklejsze sprzęty kuchenne! Na dodatek -
dla mnie wypadają rewelacyjnie, świeżo i atrakcyjnie.
Nie wiem czy to
kuchnia, w której siedzą, mimika twarzy czy serdeczność wypisana na ich
wesołych buziach, każą mi uśmiechnąć się do nich i włączyć ponownie przycisk replay .Bez dwóch zdań to odkrycie rozweseliło mi dzień.
W dodatku
dziewczyny poza humorem, mają też talent (może nie jest on na miarę
oryginału...), co pokazują wykonując kolejny numer. Nie ograniczają się tylko
do repertuary Florence. Widać, że wspólne śpiewanie sprawia im przyjemność i
dużo zabawy. Jak to bywa w paczce prawdziwych przyjaciół ;)
Są bardzo
pozytywne, naturalne i warte zobaczenia!
Dog Days Are Over:
We Are Young:
Jak się Wam podobają ich przeróbki? Macie jakieś własne, ciekawe muzyczne odkrycia? Fenomenalne covery? Chętnie posłucham czegoś nowego.
Uniqplan (od lewej: Piotr, Michał, Bartek, Konrad), fot. Zbigniew Piątek
Muszę się szczerze przyznać, że ten post kręcił mi się po głowie już od bardzo dawna, ale dopiero po wczorajszej akcji jak w moim śnie pojawił się Uniqplan stwierdziłam, że to już najwyższy czas. Chłopaków z Uniqplan odkryłam stosunkowo niedawno (w odniesieniu do tego, że zespół powstał w 2010 roku), bo jakoś w marcu tego roku. W radio można było aktualnie usłyszeć kawałki Freeland czy This makes sense. Ku mojemu pozytywnemu zaskoczeniu, chłopacy zagrali jako support Hurts podczas ich ostatniego koncertu w Palladium. Występ na żywo sprawił, że jeszcze bardziej się w nich zasłuchałam. Uniqplan to rewelacyjnie zapowiadający się polski zespół! (Po co zostawiać słowa pochwały na sam koniec... na końcu będą kolejne;))
Słowem przybliżenia sylwetki zespołu. Powstał on w Warszawie, jak już wcześniej wspomniałam w 2010 roku, więc świeżakami w tej branży Uniqplan już nie są. Zespół tworzą Michał Wojtas (główny kompozytor, wokal, gitara), Bartek Lewczuk (klawisze), Piotr "Kephas" Pawęska (bass) i Konrad Zieliński (perkusja). Kwartet ten zdążył dotąd zgromadzić materiał na swoją debiutancką płytę Wilderness, premiera zaplanowana jest na 10 czerwca, a już od dziś można przedpremierowo przesłuchać całych (po zalogowaniu) dwunastu kawałków na wimpie. Dodam jeszcze, że już wkrótce ukaże się nowy klip do singla (o tym samym tytule co płyta) promującego album. Oprócz wcześniej wspomnianych dwóch pierwszych utworów, które znam już bardzo dobrze - choć ciągle do nich wracam i próbuję uchwycić każdą sekundę brzmienia, i nowego singla Wilderness, oprócz nich na płycie szczególną uwagę już po pierwszym przesłuchaniu zwróciłam na piosenki Halfway, Love Radiation i Stranger, i chyba pozostaną już one jednymi z moich ulubionych na płycie. Cały krążek jest bardzo dobrze skomponowany, tworzy spójną całość. Muzyka Uniqplan to przede wszystkim świetny wokal, spora dawka syntezatorów, nieco niepolskie brzmienie (co jest ogromnym plusem) - pamiętam kiedy pierwszy raz usłyszałam Freeland, w życiu nie powiedziałabym, że to robota naszych polskich chłopaków, co jeszcze tkwi mi w pamięci od koncertu - rewelacyjne solówki gitarowe i bębny. Słuchając kawałków chłopaków trochę przychodzi mi na myśl Kings of Leon - od których zresztą Uniqplan czerpią inspiracje, ale i momentami Muse, to takie moje małe spostrzeżenia. Już 8 czerwca zespół wystąpi w Sopocie podczas festiwalu TOPtrendy, mam nadzieję, że dzięki temu więcej rodaków pozna jaki mamy na swoim rynku muzycznym skarb.
O czym warto jeszcze wspomnieć? Może o tym, że każdy kawałek zespołu plasuje się na wysokich pozycjach listy NRD Eski rock, a ich pierwszy kawałek przez jakiś czas znajdował się na najwyższym miejscu. Nie wiem czy wiecie, ale Uniqplan grał support nie tylko przed wspomnianymi już Hurts, ale też przed Gossip i Turboweekend - obyli z nimi kilka koncertów. A ja osobiście teraz czekam na koncert w Gdańsku, kto wie, może jak przyjadą do Sopotu, to spodoba im się w 3city i szybko powrócą.
Z pewnością, Uniqplan wprowadzili na nasz polski rynek coś zupełnie innego, jestem mega dumna, że mamy teraz takie zespoły. Teraz czekam na oficjalną premierę płyty, żeby ją sobie kupić i móc słuchać w moim przyszłym samochodzie, którym mam nadzieję jeździć już niedługo (ale kto pord wie, z tym robieniem prawka). Wracając do chłopaków, bohaterów mojego posta, posłuchajcie, poznajcie, polubcie, po prostu, dobra muzyka zasługuje na dobrych słuchaczy.
Pozdrawiam,
V.
Przesympatyczny materiał nakręcony podczas koncertu w Hydrozagatce